Kryzys w modlitwie to szansa na odkrycie adoracji [WYWIAD]

(fot. shutterstock.com)
Często czekamy na spektakularne wydarzenia, podczas gdy to, co najbardziej istotne, dzieje się w tym, co dobrze znamy. Tak też jest z modlitwą, z naszą więzią z Bogiem.

W świecie, który proponuje nam nieustanne życie w biegu, adoracja Najświętszego Sakramentu w ciszy i skupieniu wydaje się czymś trudnym. Tymczasem warto na nią spojrzeć jak na spotkanie z kimś, kto nas kocha. Jak przekonuje dominikanin ojciec Maciej Chanaka, takie spotkania przemieniają nasze życie. Może zbliżające się Walentynki to dobry czas na taką „randkę” z Panem Bogiem?

Magdalena Fijołek, Deon.pl: Mamy w Kościele kilka rodzajów adoracji: adoracja świętych ikon, relikwii, krzyża. Nad nimi wszystkimi niejako króluje adoracja Najświętszego Sakramentu. Czym ona właściwie jest i dlaczego jest tak wyjątkowa?

Maciej Chanaka OP: To, co jest istotne, to świadomość, że adoracja jest postawą czci wobec Boga. W adoracji bardzo ważna jest obecność. Nie wiem, czy Pani pamięta, ale gdy z płonącego krzewu Bóg woła na Mojżesza, a ten odpowiada: „Oto jestem”, Bóg na to reaguje podobnie, mówiąc ja też „Jestem” – jestem obecny, jestem z tobą, jestem dla ciebie, jestem twoim Bogiem. I właśnie ta obecność jest kwintesencją modlitwy adoracji. W historii Mojżesza niezwykły jest opis Jego rozmowy z Bogiem:  twarzą w twarz, bardzo blisko, tak się rozmawia z przyjacielem. A potem efekt takich spotkań, opis Jego przemiany: Jego twarz promienieje. Kiedyś poprosiłem o modlitwę osobę, która ma dar poznania. Ona nie wiedziała, że moim ukochanym sposobem modlitwy jest adoracja i ta osoba powiedziała mi, że gdy staję na adoracji, to jestem jak na górze Tabor – przemieniany Jego światłem, nawet jeśli nie jestem tego zawsze świadomy. Trzeba się zatrzymać i pozwolić, by Bóg działał, nie my. Poza tym, żeby zrozumieć istotę adoracji, trzeba też użyć słowa „ekstaza”.

Ale to brzmi bardzo poważnie, kojarzy się z doświadczeniem świętych i mistyków. Dla większości z nas sukcesem jest wytrwanie piętnastu minut przed monstrancją bez oznak znużenia. Do ekstazy tu daleko…

Tak, ale słowo „ekstaza” znaczy dosłownie: „stanąć poza sobą”, „wyjść z siebie”. W adoracji zwracamy się poza siebie, żeby być przy Bogu. Przestajemy zajmować się sobą, żeby być z Bogiem. Kiedy zwracamy się poza siebie i na chwilę o sobie zapominamy, wtedy też doświadczamy lekkości, odpoczynku. Czujemy zmęczenie i ociężałość, gdy jesteśmy skoncentrowani i nieustannie skupieni na sobie. Zajmowanie się sobą jest bardzo męczące. Ta intuicja była zawsze obecna w duchowości chrześcijańskiej. Pięknie pisał o tym Chesterton, szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego aniołowie potrafią latać: gdyż nie zajmują się sobą. Możemy to odnieść do modlitwy adoracji – ona ma w sobie lekkość, nie jest kolejną pracą do wykonania, nie męczy, nie trzeba niczego robić, tylko stanąć wobec żywej i prawdziwej obecności Jezusa.

Zastanawia mnie stopień zaawansowania tej modlitwy. Z jednej strony wydaje się bardzo prosta, bo właściwie „wystarczy być” i chłonąć obecność Jezusa. Ale z drugiej strony mam wrażenie, że to modlitwa trudna, bo bardzo mocno konfrontuje nas z Panem Bogiem i – co paradoksalnie bywa jeszcze trudniejsze – z nami samymi. Czy adoracja jest więc dostępna dla każdego, czy jednak wymaga pewnej zaawansowanej zażyłości z Chrystusem?

Szansą na wejście w modlitwę adoracji może być kryzys w modlitwie. Wyczerpują się nasze możliwości, pomysły, nic już nie można powiedzieć. Świetna okazja, by odkryć modlitwę adoracji. Niestety szybko się zniechęcamy i rezygnujemy z modlitwy, która domaga się prostego trwania w obecności, a przecież na nic innego w danej chwili nas nie stać. Dlaczego rezygnujemy? Mówi o tym jeden z moich ulubionych fragmentów Pisma Świętego: historia o Naamanie, który choruje na trąd. Otóż wyrusza on do proroka, by szukać uzdrowienia i dostaje polecenie: zanurz się siedem razy w Jordanie. Naaman jest oburzony, że dostaje tak prostą receptę. Na szczęście w tej historii pojawia się człowiek, który uzmysławia mu, że to nic niestosownego wykonać tak banalną czynność. W tym rzecz – czasami to, co jest proste, sprawia nam trudność. Ten moment, że ja nic nie muszę, że po prostu staję w obecności Boga jest czymś za prostym. Jakby brakowało nam wiary, że Bóg w takiej modlitwie działa. W praktyce trudna jest prostota.

A my lubimy fajerwerki.

Sam przeżyłem mocno spektakularne nawrócenie – Pan Bóg działał w moim życiu bardzo intensywnie, właśnie z tymi słynnymi fajerwerkami. To był festiwal nieprawdopodobieństw. To było wtedy potrzebne i piękne, chciałem więcej. Problem zaczął się wtedy, gdy te wydarzenia, te duchowe „eventy” zaczęły znikać. Pan Bóg zrobił wtedy coś dziwnego, zaprowadził mnie do Kościoła. Pokazał mi, że jest dostępny w tak prosty sposób: w słowie, sakramentach, Eucharystii, w prostej modlitwie, we wspólnocie. Było to dla mnie zdumiewające – nagle okazało się, że to, co najpiękniejsze, najtrwalsze i najważniejsze dzieje się w prostocie codzienności. Często czekamy na spektakularne wydarzenia, podczas gdy to, co najbardziej istotne, dzieje się w tym, co dobrze znamy. Tak też jest z modlitwą, z naszą więzią z Bogiem.

A jak oswoić ciszę? Taka adoracja w ciszy zdaje się iść w poprzek tego, co proponuje nam dziś świat, który zachęca do wielozadaniowości, podzielności uwagi i stałego podłączenia do przepływu informacji. Tymczasem w ciszy słychać wyraźniej nasze myśli i emocje, od których na co dzień wolimy stronić, zagłuszać je.

To prawda, z ciszą jest spory problem. Gdy decydujemy się na adorację, na zewnętrzną ciszę, to spotykamy hałas wewnętrzny – w głowie włącza się radio i gra. Ale to też szansa, bo wtedy uświadamiamy sobie, czym naprawdę żyjemy. Trzeba wytrzymać to napięcie, być cierpliwym. Uznać to, co się we mnie dzieje, spotkać się z tym i stanąć przed Bogiem. W oswajaniu tej ciszy pomocna jest postawa dziecka, zaufanie Bogu, że On tę modlitwę ogarnie, poprowadzi. W życiu duchowym najlepiej czujemy się jak dzieci przed Bogiem.

Kiedy stajemy się inni, to źle się czujemy na modlitwie. Mam też takie doświadczenie, że przez wiele lat opiekowałem się duszpasterstwem młodzieży: gimnazjum i liceum. Cisza w takim duszpasterstwie to luksus. A jednak starałem się, by na koniec spotkań przygotowujących do bierzmowania było 15-20 minut adoracji. Robiłem później ankiety. I co się okazało? Niemal wszyscy wskazywali adorację jako jeden z najważniejszych momentów ich formacji. W tej prostej, niemal niemożliwej ciszy musiało się wiele dziać.

A co z rozproszeniami podczas adorowania? Jedni mówią, by z nimi walczyć, inni zalecają, by przyglądać się im, bo one też coś mówią o nas i naszej relacji z Bogiem.

Mnie tutaj dużo podpowiedział ks. Krzysztof Grzywocz – adoracja to modlitwa dwojga oczu: jednym okiem patrzymy na Chrystusa, drugim na to, co jest w nas. Na modlitwę adoracji wchodzimy z całym naszym życiem – to musi swobodnie w nas wybrzmieć. Walka polega na tym, by wytrzymać moment bierności, to znaczy, by nie wchodzić w te myśli, które pojawiają się w głowie. Nie zatrzymuję się przy nich, nie manipuluję nimi, nawet ich nie odpycham – pozwalam im płynąć. Nie zawsze mam wpływ na to jakie myśli „chodzą mi po głowie”, ale zawsze to ja decyduję, które rozwijam, w które wchodzę.

Powiedział ojciec o tym patrzeniu na Chrystusa. Zastanawiam się, jakie znaczenie podczas adoracji ma kontakt wzrokowy z Najświętszym Sakramentem. Kiedyś wyszłam z adoracji z poczuciem niedosytu, bo klęczałam za filarem i nie widziałam Jezusa w monstrancji. Miałam poczucie, że coś straciłam.

Nie zawsze trzeba być patrzącym, ale dobrze być widzianym. Pozwolić Bogu patrzeć na siebie. Papież Franciszek stara się modlić adoracją każdego dnia. Przyznaje szczerze, że czasem przysypia. Jednocześnie mówi, że to go nie martwi, bo wprawdzie on wtedy nie patrzy na Jezusa, ale wie, że patrzy na niego ktoś, kto go kocha. Odnaleźć to pełne miłości i życzliwości spojrzenie, odwzajemnić je (jeśli nie przeszkadza nam filar) – na tym również polega adoracja. Tak robią ludzie zakochani.

To porównanie z patrzeniem w oczy ukochanej osoby jest bardzo adekwatne, bo wtedy też szybciej mija czas. Adoracja nas wtedy nie męczy, ale przeciwnie – dostarcza energii.

W modlitwie adoracji często pojawia się skupienie – bardzo proste, intensywne, pełne uwagi – to na pewno jest dar Ducha Świętego. Ci, którzy modlą się adoracją wiedzą, o czym mówię – godzina z Chrystusem trwa niczym chwila. Stwierdzamy, że dobrze nam jest tak bez ruchu, trwając w ciszy, nic nie robiąc.

A jak jest z czytaniem Słowa Bożego podczas adoracji? Mam w głowie takie słowa siostry Małgorzaty Chmielewskiej, która kiedyś powiedziała, że rzadko kiedy bierze do kaplicy Biblię – bo to trochę tak, jak by spotykając się z ukochaną osobą, czytać w jej obecności list od niej, zamiast skupiać się na byciu z nią.

Ważne, by znaleźć swój własny sposób na to, by wejść w modlitwę. Możemy sobie w tym pomóc: gdy wchodzę na adorację i mam głowę pełną spraw, myśli, rzeczy, zaczynam modlitwę od różańca, ale w pewnym momencie zatrzymuję się, milknę, bo modlitwa w ciszy, to przecież nie modlitwa po cichu. Święta Teresa z Avila przekonywała, by zacząć od Słowa Bożego, które szybko zwróci naszą uwagę na Boga. Każdy powinien poszukać własnego sposobu, by wejść w modlitwę adoracji. Poza tym, jeśli kogoś kochamy, to to co nas łączy, jest przecież czymś większym i głębszym niż słowa. Wtedy zaczynamy doceniać ciszę, która już nie krępuje. Jeśli nie mamy przymusu mówienia, docenimy milczenie, samą obecność. I ostatnia rzecz: w przyjaźni jest tak, że ten, który jest bardziej obdarowany, kocha mocniej i lepiej, a zatem troszczy się o przyjaźń bardziej. I gdy przychodzimy na adorację, to musimy mieć pewność, że Bóg się nami zajmie, że nas poprowadzi w modlitwie. Skoro Bóg w swojej dobroci zapoczątkował naszą z Nim przyjaźń, potrafi przecież w swojej wszechmocy podtrzymywać ją i rozwijać – jest przecież mistrzem przyjaźni. Zadba o to, by oddalić niebezpieczeństwa, jakie jej zagrażają.

Czyli adoracja to też taka szkoła zaufania wobec Pana Boga. A co jeśli chodzi o owoce adoracji?

Ktoś może pomyśleć, że nie wypada pytać o takie rzeczy, że powinniśmy być bezinteresowni wobec Boga. Ale to pytanie jest ważne. Św. Piotr pyta w pewnym momencie Jezusa: „Zostawiliśmy wszystko, co z tego będziemy mieli?”. Jezus nie denerwuje się tym pytaniem, tylko rzeczowo odpowiada. A zatem, skoro oddajemy swój czas na modlitwę adoracji, to co z tego będziemy mieli?  Paradoksalnie, owocem adoracji może być nie tylko coś, co dostajemy, ale również coś, co jest nam odbierane.

To znaczy?

Mamy w sobie „Boży Ogień”, niestety przyduszony wieloma rzeczami – naszymi lękami, strachem, troskami nad wyraz, niepokojem o rzeczy, na które często nie mamy wpływu, wstydem, bo grzechy, słabości… Pan Bóg nam to wewnętrzne rozedrganie zabiera. Innym owocem adoracji jest wrażliwość na obecność Boga. Mieliśmy niedawno fragment o ofiarowaniu Jezusa, którego rozpoznali tylko Symeon i prorokini Anna. A przecież są tam inni ludzie, dlaczego pozostali nie krzyczą: Mesjasz jest pośród nas. Przecież na Niego czekają.  Jest w tej dwójce jakaś wrażliwość, jakieś wyczucie – i tak działa adoracja – stajemy się wrażliwi na obecność Boga w naszym życiu. Potrafimy nazywać i dostrzegać jego działanie. Adoracja leczy nas również z niepokoju wewnętrznego, polegającego na niezdolności do skupienia się. Jesteśmy nieskoncentrowani, brak nam skupienia, bo nie mamy centrum, albo jest ono zbyt słabe. Adoracja uczy koncentracji na Chrystusie.

Jakie jeszcze korzyści płyną z adorowania Jezusa w Najświętszym Sakramencie?

Ta modlitwa uczy nas dystansu do codzienności, bo gubimy się kiedy ten dystans tracimy, stapiamy się z tym, do czego nie mamy dystansu. Ale dystans to nie jest ucieczka od codzienności – łatwo to sprawdzić – modlitwa staje się ucieczką, gdy nie mamy ochoty kochać, kiedy modlitwa nie rodzi w nas siły miłości. Owocem modlitwy jest otwartość na drugiego człowieka, jak również na obowiązki, jakie Pan Bóg nam powierzył. Kolejna rzecz, która wydaje się istotna: z adoracji rodzi się wewnętrzna cisza. Cisza jest dla spotkania. Bez ciszy trudno cokolwiek usłyszeć.

A co, jeśli staramy się trwać na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem, ale nie widzimy w sobie przemiany, o której mówił Ojciec na początku naszej rozmowy?

Nie wierzę w to, że ktoś, kto się modli, nie doświadcza owoców modlitwy. Jeśli decydujemy się na stałą i wierną modlitwę, to Pan Bóg pokaże nam, że ma ona sens. Bogu zależy na tym, byśmy przy nim byli i on znajdzie sposób, by pokazać, że ta nasza wierność ma sens. Ktoś słusznie powiedział, że adoracja jest jak wiosna, a jej owoce odkrywamy jesienią. Musimy pozwolić im dojrzeć. Owoce modlitwy wyrosną, a jak Pan Bóg uzna, że potrzebujemy je zobaczyć, to na pewno je pokaże.

Czy istnieje jakieś „adoracyjne know-how”? Na przykład, jak długo powinniśmy się modlić adoracją? Rozproszeń przecież nie pozbędziemy się w ciągu pięciu minut.

Przede wszystkim trzeba wyrobić sobie zwyczaj modlitwy. Sama wiedza o modlitwie nie wystarczy, trzeba zacząć się modlić, by się nauczyć modlitwy. I do tego zachęcam – do znalezienia przestrzeni, by usiąść razem z Bogiem w ciszy. Spróbujmy tej modlitwy obecności, zaryzykujmy.

No dobrze, jak więc rozpocząć? Od czego zacząć?

Są trzy ważne zasady: cisza, bezruch i unikanie błądzenia myślami. To są trzy rzeczy, które naprawdę się sprawdzają. W modlitwie pomaga znalezienie odpowiedniej pory i miejsca. Trzeba poszukać takiego ukochanego miejsca, gdzie możemy się na chwile zatrzymać. Może w drodze do pracy lub uczelni mijamy kościół, w którym znajduje się kaplica z Najświętszym Sakramentem? Warto takich miejsc poszukać. To samo dotyczy pory modlitwy. Niektórym będzie łatwiej rano, innym wieczorem, a może w tak zwanym „międzyczasie”, to znaczy pomiędzy kolejnymi zajęciami. Tu trzeba już trochę siebie posłuchać. Warto również ustalić konkretny czas modlitwy, by uniezależnić jej długość od naszych nastrojów.

A co z adoracjami, które odbywają się po mszach świętych? To popularna praktyka, a spotkałam się z poglądem, że skoro przyjęliśmy Jezusa do naszego serca, to adorowanie go po mszy świętej w monstrancji mija się z celem.

W trakcie mszy świętej nie ma wiele czasu na dziękczynienie. To może być dobra forma przedłużenia naszego wspólnego dziękczynienia. Adoracja po mszy świętej często jest połączona z różańcem czy innymi modlitwami. Mnie to nie przeszkadza, ale to inna modlitwa niż ta cicha, indywidualna, bardzo spokojna.

Wspominał Ojciec o tym, że trzeba poszukać miejsca do adoracji. Pamiętam, jak kiedyś jak byłam na rekolekcjach u sióstr kapucynek w Lublinie. One tam mają zwykły dom, a na jego najwyższym piętrze znajduje się mała kaplica. Dlaczego właściwie każdy z nas nie mógłby mieć w swoim własnym domu takiej kaplicy adoracyjnej?

Odpowiedź jest bardzo prosta: trzeba poprosić o zgodę biskupa. Tu jednak chodzi o szacunek wobec Najświętszego Sakramentu i obawę przed jego profanacją. Aby biskup zgodził się na coś takiego, musimy mieć dobry powód. I czasem się zgadza, tak powstała wspólnota, w której działa wspomniana już przez nas siostra Chmielewska.

To jeszcze jedno pytanie „techniczne”. W internecie można spotkać adoracje transmitowane live z różnych sanktuariów. Co Ojciec sądzi o takiej formie adoracji? Z jednej strony „adorowanie” monitora komputera lub ekranu telefonu budzi pewne wątpliwości, ale z drugiej strony nie mamy problemu z oglądaniem Mszy Świętej w telewizji.

Moi współbracia czasem się ze mnie śmieją, że z powodu miłości do tej formy modlitwy zaproponuję kiedyś, by na dominikanie.pl odpalić taki streaming. Myślę jednak, że czymś bezcennym jest spotkanie „twarzą w twarz” i tego nic nie zastąpi. To jest jedna z najwspanialszych spośród możliwości, jakie dał nam Pan Bóg w życiu: mogę odpowiedzieć na Jego miłość, mogę stanąć przed Nim i w ten sposób powiedzieć, jak bardzo się cieszę z Jego bliskości.

Maciej Chanaka OP – dominikanin, duszpasterz Duszpasterstwa Akademickiego „Freta 10” w Warszawie. Ojciec Maciej był gościem ostatniej warszawskiej Dominikańskiej Szkoły Wiary, która poświęcona była tematowi adoracji.

Artykuł pochodzi z portalu deon.pl (info admin).

Wyzwania polskiego katolika

Wzrost wskaźników dominicantes i communicantes cieszy. Jednak by zrozumieć dynamikę zmian religijności Polaków, na zebrane dane należy spojrzeć w dłuższej perspektywie czasu. Jaki obraz Kościoła w Polsce się z nich wyłania?

Na temat religijności człowieka istnieje bardzo wiele różnych teorii. Także mitów. Na przykład wyższą religijność tłumaczy się czasem wiekiem. I tym, że osoby starsze zwykle częściej bywają w kościele. Z poglądem tym nie zgadza się prof. Przemysław Śleszyński z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk.

Religijność a życie społeczne

– We wschodniej części Polski mieszka więcej osób starszych, w wieku poprodukcyjnym. Ale już niekoniecznie na Kaszubach i na Podhalu – tłumaczy profesor. A przecież wskaźniki dominicantes i communicantes są tam na bardzo wysokim poziomie. – Ich religijność wynika z faktu, że ci ludzie nabyli jej jeszcze wtedy, gdy poziom religijności był wyższy – dodaje. Dzisiaj kontekst kulturowy jest inny.

Rzetelna analiza danych statystycznych, także tych opublikowanych przez ISKK, jest procesem złożonym i trudnym. Ale, w pewnym uproszczeniu, można powiedzieć, że pomiędzy religijnością a zjawiskami społecznymi zachodzą różne, zresztą bardzo ciekawe, korelacje. Bo gdyby na przykład na opublikowane w roczniku statystycznym mapy nałożyć inne opracowania naukowe, okazałoby się, że na obszarach, na których mobilność ludzi jest mniejsza, zwykle religijność jest większa. Wyższą religijność obserwujemy zazwyczaj też tam, gdzie panuje większe przywiązanie do wartości konserwatywnych. Nie bez znaczenia są tu więzi rodzinne. Na przykład więcej rozwodów jest tam, gdzie jest niższa religijność. Przypadek?

Suche dane?

Badania dotyczące niedzielnych praktyk religijnych w Kościele katolickim prowadzone są raz w roku w wybraną niedzielę października lub listopada. Od 1980 roku zajmuje się nimi pallotyński Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego im. ks. prof. Witolda Zdaniewicza (ISKK). Najnowsze wskaźniki dominicantes i communicantes dotyczą niedzieli, 21 października 2017 roku.

Przypomnijmy, że pierwszy wskaźnik – dominicantes oznacza odsetek katolików uczęszczających na niedzielne Msze w odniesieniu do ogólnej liczby zobowiązanych. Oblicza się go dla wszystkich parafii w Polsce. Nie obejmuje zatem praktyk religijnych katolików polskich na emigracji. Szacuje się, że zaledwie ok. 10 proc. zobowiązanych uczęszcza tam na niedzielne Msze. Danych dokładnych niestety nie ma. Autorzy raportu, zgodnie z metodologią stosowaną w poprzednich latach, przyjęli, że zobowiązani do uczęszczania na niedzielną Mszę św. stanowią 82 proc. ogółu wiernych. Pozostałe 18 proc. to dzieci do lat siedmiu, ludzie chorzy, osłabieni wiekiem, czyli ci wszyscy, którzy z obiektywnych powodów nie byli w stanie wypełnić tego obowiązku.

– Badanie obu niedzielnych praktyk religijnych: uczestnictwa we Mszy św. (dominicantes) oraz przystępowania do Komunii św. (communicantes) ma bardziej charakter pomiaru statystycznego niż badania socjologicznego – podkreśla dyrektor ISKK, ks. Wojciech Sadłoń. Oznacza to, że są to raczej suche dane, ale dla Kościoła katolickiego stanowią ważny punkt odniesienia do dalszych analiz, uchwycenia dynamiki zmian religijności i „kościelności” polskich katolików oraz zarysowania adekwatnych wizji duszpasterskich na przyszłość.

Wartość danych opublikowanych w roczniku ISKK polega przede wszystkim na tym, że nie są to subiektywne odpowiedzi respondentów (grupa reprezentatywna), ale obiektywne dane zebrane w poszczególnych parafiach. Stanowią one średnią statystyczną, bo w poszczególnych diecezjach różnią się od siebie.

Zróżnicowanie jest duże

Mimo że w 2017 roku o 1,6 punktu procentowego więcej osób uczestniczyło w niedzielnych Mszach niż rok wcześniej, to jednak, jak podkreślają socjologowie, w perspektywie kilkudziesięciu lat tendencja jest spadkowa. Jeszcze w 1981 roku, w pierwszym badaniu przeprowadzonym przez ISKK, odnotowano, że w niedzielnej Mszy uczestniczyło 51 proc. zobowiązanych Polaków. W ciągu 37 lat wskaźnik dominicantes spadł zatem o 13 punktów procentowych – do 38,3 proc. w 2017 roku.

Wyniki w poszczególnych diecezjach są jednak bardzo zróżnicowane. Najwyższym wskaźnikiem dominicantes pochwalić się mogą diecezje: tarnowska (71,7 proc.), rzeszowska (64,1 proc.) i przemyska (59,8 proc.). Najgorzej pod tym względem jest w diecezjach: szczecińsko-kamieńskiej i łódzkiej (po 24,6 proc.) oraz koszalińsko-kołobrzeskiej (25,6 proc.). Na tak niejednorodnej mapie religijności katolików dane te dają do myślenia. – Zmniejszający się wskaźnik dominicantes jest oznaką słabnących więzi z Kościołem, z kościelnym modelem religijności, co jest zapewne konsekwencją ogólnych procesów sekularyzacyjnych i laicyzacyjnych, ale być może także należy wskazać na konieczność ogarnięcia niedzieli jako dnia Pańskiego większym, „uwolnionym od rutyny” zatroskaniem duszpasterskim – komentuje socjolog religii prof. Wojciech Świątkiewicz z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Na czym miałoby polegać to inne zatroskanie duszpasterskie, skoro z jednej strony słychać głosy o „niemocy” duszpasterskiej, a z drugiej o konieczności duszpasterstwa „eventowego”…

Głębiej i pełniej

O ile w dłuższej perspektywie czasu, mimo nieznacznego wzrostu w 2017 roku, wskaźnik dominicantes spada, inaczej ma się rzecz z drugim wskaźnikiem religijności – communicantes. Przypomnijmy, że jest to odsetek katolików przyjmujących Komunię św. podczas niedzielnej Eucharystii w odniesieniu do ogólnej liczby zobowiązanych.

W „Roczniku Statystycznym Kościoła Katolickiego” czytamy, że w roku 2017 wskaźnik ten wyniósł 17 proc. i jest wyższy o 1 punkt procentowy niż w roku 2016. A przecież jeszcze w 1980 roku do Komunii przystępowało zaledwie 7,8 proc. zobowiązanych. To cieszy, bo to wyraźny znak, że Polacy są zainteresowani pogłębioną religijnością i że świadomość wiary wzrasta. Jeżeli wierni uczestniczą w liturgii eucharystycznej, to coraz częściej chcą, by udział ten był pełny. Czego znakiem jest przyjmowana przez nich Komunia św.

W 2017 roku wskaźnik communicantes najwyższy był w diecezji tarnowskiej (27,6 proc.), zamojsko-lubaczowskiej (22,5 proc.) i pelplińskiej (22,1 proc.). Najniższy zaś w sosnowieckiej (11,2 proc.), szczecińsko-kamieńskiej (11,2 proc.), koszalińsko-kołobrzeskiej (11,4 proc.) i archidiecezji łódzkiej (11,6 proc.).

Zdaniem prof. Wojciecha Świątkiewicza relacje zachodzące między tendencją spadkową wskaźnika dominicantes (w dłuższej perspektywie czasu) a lekko wzrastającym wskaźnikiem communicantes od roku 1981 cechują się pewną stabilnością, co niekiedy jest interpretowane w formule: „coraz mniej ludzi chodzi do kościoła w niedziele, ale ci, którzy chodzą, są bardziej pobożni”.

Więcej parafii

Polski katolik nie ma większych trudności z dostępem do sakramentów świętych i liturgii. Tak zwana infrastruktura parafialna i instytucjonalna Kościoła w Polsce cieszy się pewną stabilnością. Z badań wynika, że w 2017 roku działalność duszpasterską prowadziło w Polsce 10 392 parafii. To aż o 53 parafie więcej niż rok wcześniej. Liczba księży inkardynowanych do diecezji w tym czasie wynosiła niemal 25 tys., z czego 21 tys. duchownych posługiwało duszpastersko. Najwięcej, bo ponad tysiąc kapłanów, mają diecezje: tarnowska, krakowska i katowicka. Wielce prawdopodobne jednak jest to, że na skutek zmian demograficznych średni wiek księży i sióstr zakonnych w przyszłości będzie się podnosić.

W roku 2017, w porównaniu z poprzednim, o 18 tys. wzrosła też liczba chrztów, nieznacznie zaś zmalała liczba osób, które przyjęły sakrament bierzmowania i małżeństwa. – Sakramenty nadal przyjmowane są w sposób masowy, niemal powszechny – komentuje ks. Wojciech Sadłoń.

Prywatna wiara

Jakie wnioski płyną z danych zawartych w roczniku? Zdaniem prof. Świątkiewicza w epoce nowoczesności zanika potrzeba uzasadniania ładu moralnego w odniesieniu do Boga, do sacrum. – Ludzie odkrywają, że mogą żyć religijnie i moralnie w sposób bardziej zindywidualizowany, niezależnie od struktur kościelnych czy nawet chrześcijaństwa. Nie zawsze oznacza to dogłębną sekularyzację, ale często jest przejawem daleko posuniętej dechrystianizacji. Procesy te sprawiają, że Kościół staje się jakby mniej potrzebny w roli pośrednika ze światem sacrum – wyjaśnia socjolog. Na myśl przychodzi ukuta i powtarzana jak mantra teza: „Pan Bóg tak, Kościół nie”. Dla wielu ludzi tzw. prywatyzacja życia i religijność indywidualna stoją w opozycji do doświadczenia Boga we wspólnocie Kościoła. – Jeśli słuszne jest stanowisko, że nie ma religii bez Kościoła, to równie słuszny jest pogląd, że nie ma Kościoła bez praktyk religijnych, chociaż występuje zjawisko praktyk religijnych „poza kościołem” – zauważa prof. Świątkiewicz. Tymczasem to właśnie przez praktyki religijne doświadcza się najpełniej wspólnoty w wierze. – Pozwalają one zarówno pojedynczemu człowiekowi, jak i społeczności zdefiniować swój stosunek do wiary, a nawet oceniać go w kategoriach pobożności czy żywotności religijnej – mówi socjolog.

Nowe wyzwania

Już w latach 60. ubiegłego wieku niemiecki teolog Karl Rahner wygłosił tezę, że „chrześcijaństwo przestaje być nawykowe, a staje się chrześcijaństwem z wyboru”. Powołując się na słowa wybitnego teologa, prof. Świątkiewicz mówi o swego rodzaju przejściu od społeczeństwa losu do społeczeństwa wyboru. Jest wielce prawdopodobne, że z jednej strony coraz większa świadomość wyznawanej wiary lub z drugiej jej porzucanie na rzecz innych wartości zastępujących sferę sacrum będą się nasilać.

Za zawartymi w raporcie ISKK liczbami kryją się konkretne postawy i zachowania ludzkie, wybory, obyczaje, tradycje kulturowe i religijne oraz programy duszpasterskie. Warto o tym pamiętać. Bo uważna lektura tych danych jest okazją do głębokiego namysłu nad kondycją Kościoła katolickiego w Polsce i impulsem do nowych wyzwań duszpasterskich.

artykuł pochodzi z portalu gosc.pl (info admin)

Pewnego dnia zmiany na skórze zaczęły znikać…

Uzdrowienie przyszło niespodziewanie.

Ponad 30 lat zmagałam się z bielactwem nabytym. Choroba objawia się tym, iż w miejscach chorobowo zmienionych pojawiają się białe plamy na powierzchni skóry z powodu braku pigmentu. Choroba ta nie boli fizycznie. Wydawać by się mogło, że skoro nie boli, to czym się martwić, jednakże jest to potworny ból psychiczny. Dla mnie jako jeszcze dziecka, nastolatki i dorosłej już kobiety odczucia były niezmienne, cierpiałam okrutnie.

Najgłębsze rany zadają ludzie – brakiem wyrozumiałości. Natarczywy wzrok, nietaktowne pytania, lub, co najgorsze, porównywanie mnie do wielu zwierząt, które mają łaty – to bywało ponad moje siły psychiczne. Gdyby nie kochająca rodzina, jej wsparcie, nie wiem, czy zniosłabym ten cały ciężar smutku.

Lekarze, zielarze, pobyty w szpitalu, wieloletnie stosowanie leków, ziół, maści, kremów, naświetlania, leczenie różnego typu specyfikami – nic a nic nie pomagało, choroba trwała i rozprzestrzeniała się. Mozolne kamuflowanie każdej plamy samoopalaczem, ciągły stres z powodu zbliżającego się okresu letniego, stosowanie wysokich filtrów przeciwsłonecznych, chowanie się przed słońcem. To wszystko sprawiało, iż frustracja totalnie odbierała mi chęć do życia, a przeświadczenie, że nigdy już nic się nie zmieni, wpędzało mnie w coraz niższą samoocenę, zamykałam się w sobie.

Uzdrowienie przyszło niespodziewanie. Pewnego dnia usłyszałam o sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Oborach, gdzie moja mamusia wielokrotnie wyjeżdżała z pielgrzymką i nieustannie modliła się Koronką do Miłosierdzia Bożego w intencji mojego uzdrowienia. Od wielu lat miałam problemy z kręgosłupem i silny ból nie pozwalał mi już normalnie funkcjonować, więc i ja postanowiłam udać się z pielgrzymką do tego sanktuarium z  maleńką cichą nadzieją na uzdrowienie. O bielactwie nawet nie pomyślałam, już tyle lat trwała choroba, nie wzięłam jej nawet pod uwagę. W trakcie pierwszego pobytu zwróciłam uwagę na ogromną ilość pielgrzymów z całej Polski, głośną, żarliwą modlitwę wiernych w czasie Eucharystii – taką od serca. Poczułam się tam jako część całości – było to wspaniałe uczucie. Ten pierwszy raz, taki niepozorny, niespodziewanie przerodził się w comiesięczne wyjazdy, za którymi ogromnie tęskniłam. Sanktuarium stało się miejscem do którego „Coś” przyciągało, bez którego w życiu „Kogoś/czegoś” było brak. Za każdym kolejnym wyjazdem odczuwałam coś niewyobrażalnie potężnego, czego nie byłam w stanie zrozumieć. Kiedy cudowny obraz Matki Bożej Bolesnej otwierał się, myślałam że coś mi się stanie z sercem, tak bardzo mocno biło. Co tam biło – ono po prostu waliło jakby chciało wyskoczyć z piersi. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłam.

Od około 5 lat nie mogłam płakać – w ogóle, choć czasem bardzo chciałam, nic a nic. A tu nagle łzy tak ogromnej radości napływały do oczu, łzy, których w ogóle się nie wstydziłam, nie mogłam ich powstrzymać – Boże, jaka to była radość, choć był cały kościół ludzi, ja nikogo nie widziałam – byłam tylko ja i moja Matka Boska. Był to jakby płacz zachwytu, coś, czego nie pojmowałam, to się po prostu działo. Porównałabym to uczucie do zatonięcia w ramionach osoby, którą kocham najmocniej i która mnie kocha ponad wszystko, tylko że to uczucie, które czułam, było spotęgowane po stokroć. Czułam jakby całe niebo wzięło mnie w ramiona, miałam wrażenie, że za chwilę umrę ze szczęścia. Doświadczając czegoś tak cudownego, czego nie można opisać, co ciężko ubrać w słowa, gdyż się tego nie rozumie. Niewyobrażalna radość. To niesamowite dla mnie przeżycie towarzyszyło mi wielokrotnie w trakcie wyjazdów do sanktuarium. Później już nie tylko w sanktuarium, ale także w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu, jak też podczas Eucharystii czy też przy błogosławieństwie relikwiami świętych. Pewnego dnia zauważyłam, że zmiany na skórze znikały i w przeciągu ok. miesiąca skóra stała się gładka, o jednolitym kolorycie. Nie mogłam w to uwierzyć, opanować radości. Boże mój, po tylu latach nareszcie moja skóra nie ma plam! Myślałam, że oszaleję z radości. Kochany Pan Bóg wysłuchał próśb mojej mamusi, ponieważ to Ona zawsze modliła się w tej intencji. Ja jeździłam z intencją chorego kręgosłupa a Bóg uzdrowił moją skórę, To było dla mnie niepojęte.

 Na dowód tego, że Pan Bóg słucha naszych próśb i działa jak chce i kiedy chce, doświadczyłam kolejnej łaski. W trakcie słuchania przez internet audycji „Gdzie dwóch lub trzech”, modląc się w intencji innych osób, sama zostałam uzdrowiona: mój chory kręgosłup już nie boli, rwa kulszowa odeszła bezpowrotnie. Nasz Bóg jest Wielki i najukochańszy. W ciągu kolejnych miesięcy uzdrowione zostały też moje lęki, które mnie dręczyły praktycznie od dziecka, bałam się ciemności, nigdy nie chciałam zostać sama w domu na noc, bałam się zasnąć – wszystko to już przeszłość, odeszło bezpowrotnie.

Pan Bóg jest hojny, obdarowuje obficie, potrafi zaskakiwać, cudownie zaskakiwać. Tak potężnego, wspaniałego Boga można tylko uwielbiać i uwielbiać, tak też czynię codziennie. Tyle łask dla mnie, takiej zwyczajnej osoby, która nie była i nie jest obrazem doskonałości. Miłosierdzie Boże jest potężne, a wdzięczność jaka rodzi się w sercu wzrasta i zakwita z każdym dniem na nowo. Doświadczyłam Boga żywego, nie Boga z jakiejś zamierzchłej przeszłości, doświadczyłam Boga tu i teraz, który jest obok nas w każdym miejscu, w każdym czasie. Jest w nas i dla każdego z nas. Doświadczyłam tego, że nas kocha, kocha miłością, której naszym ludzkim umysłem nie jesteśmy w stanie ogarnąć. Troszczy się o nas nieustannie, wszystko o nas wie – przecież nas stworzył, mówi do nas, tęskni za nami,  pragnie relacji z nami i ma poczucie humoru.

Nauczyłam się dziękować Bogu codziennie za wszystko, wcześniej tak mało dziękowałam, tak mało uwielbiałam mojego Boga. Moje wcześniejsze chodzenie do kościoła i niezrozumienie, po co tam chodziłam, brak intencji modlitewnych – teraz to wywołuje wstyd i przepraszam Boga, że nie słuchałam tego, co do mnie mówił, że nie miałam żywej relacji z Bogiem. Otwierając przed Bogiem serce z ufnością małego dziecka, bez żadnego wstydu, iż czasem popłynęła łza, zapragnęłam, by to co stare, złe, odchodziło, a nowe, radosne, cudowne i czyste rodziło się we mnie. Doświadczam czegoś, co wychodzi poza moje ludzkie myślenie, co może odczytywać tylko moje serce. Doświadczam codziennie  Boga żywego, tu i teraz.

Anna Grabowska

Diakoni stali to nie „duszpasterska nowinka”

 

Z ks. Grzegorzem Strzelczykiem rozmawia Marcin Jakimowicz

Marcin Jakimowicz: Diakonat stały jest „desakralizacją” lub „protestantyzacją” Kościoła – czytam w wielu internetowych komentarzach.

Ks. Grzegorz Strzelczyk: Rzeczywiście obserwujemy ostatnio w sieci nagły wysyp ekspertów od diakonatu stałego… Zdumiewa mnie ignorancja tych komentatorów. Jaka protestantyzacja? Może już lepiej prawosławizacja, bo w Kościołach wschodnich diakonat jest praktykowany nieprzerwanie od czasów apostolskich?

Część komentatorów reaguje alergicznie na hasło „świecki przy ołtarzu”.

Pamiętajmy, że jeśli chodzi o świeckich wykonujących różne posługi kościelne, to w Kościele bardzo długo funkcjonował model niższych święceń, który dopuszczał o wiele więcej posług niż mamy w obecnej praktyce. Sobór Trydencki usiłował je przywrócić, ale zrobił to dopiero Paweł VI, jednak w formie zredukowanej do lektoratu i akolitatu. Diakonat stały nie jest, jak czytam w komentarzach, „duszpasterską nowinką”. Znany jest w Kościele od czasów apostolskich. Diakoni zostali ustanowieni ze względu na rosnące potrzeby wspólnot. Zajmowali się przede wszystkim posługą charytatywną, zarządzaniem dobrami materialnymi, katechezą. Gdy diakonat stały zaniknął, działania te niestety musieli przejąć prezbiterzy. Diakon ma inny zakres posługi zwłaszcza w przestrzeni sakramentów. Przewodniczy ludowi Bożemu w zakresie określonych zadań: może głosić słowo Boże, przewodniczyć liturgii godzin i nabożeństwom eucharystycznym, odprowadzać pogrzeb, ochrzcić dziecko czy asystować przy małżeństwie. Nie może sprawować Eucharystii, sakramentu pojednania i sakramentu chorych. Diakoni w starożytności zwykle pomagali biskupom. Współcześnie będą posługiwać raczej w parafiach, pod kierunkiem proboszcza. Ten nie będzie się musiał dzięki temu dzielić na czworo, tylko na dwoje. (śmiech) Diakon zajmuje się działalnością charytatywną, finansową, organizacyjną. On nie jest w pierwszym rzędzie „do ołtarza”!

Z czego wynika internetowy hejt?

Z ignorancji. Zapominania o tym, że sakrament święceń ma trzy stopnie: diakonat, prezbiterat i episkopat. W necie czytam o „wpuszczaniu świeckich do liturgii”. Podstawowe nieporozumienie. Diakon nie jest osobą świecką, ale duchowną. Tyle że nie ma święceń „kapłańskich”, czyli drugiego i trzeciego stopnia.

Przez lata diakonat był kojarzony jedynie ze święceniami w drodze do kapłaństwa i przyjmowano go w trakcie formacji w seminarium.

Przed wiekami diakonat stały zaczął zanikać na skutek konfliktów między prezbiterami a diakonami. Diakoni byli w mniejszej liczbie i działali w bezpośredniej posłudze biskupa (nie funkcjonował model, który dominuje obecnie: diakonów parafialnych ściśle współpracujących z proboszczem). W średniowieczu silny był model awansu społecznego. Traktowano święcenia jako „drabinkę” do prezbiteratu. Stopniowo przestawano święcić diakonów do stałej posługi, a zaczęto święcić ich jedynie w drodze do prezbiteratu. W tym momencie w diecezji katowickiej mamy 19 kandydatów do diakonatu stałego. Ich formacja trwa ponad trzy lata. W tym czasie przeprowadzane są okresowe badania zdatności: istotna jest opinia proboszcza, prowadzone są badania psychologiczne analogiczne do tych, które przechodzą kandydaci do prezbiteratu. Każdy kandydat ma zatwierdzanego przez biskupa ojca duchowego (co dzieje się w formacji można śledzić na stronie http://diakonat.katowice.pl).

artykuł pochodzi z portalu gosc.pl (info admin)

Kim są świeccy konsekrowani?

Konsekracja dziewicy w Kietrzu

Co odróżnia świeckich konsekrowanych od zakonnic i zakonników?

2 lutego to Dzień Życia Konsekrowanego. U wielu z nas na dźwięk tej nazwy pojawia się przed oczami obraz zakonnic lub zakonników. Ale osoby konsekrowane to nie tylko członkowie wspólnot zakonnych. To również konsekrowani świeccy. Kim są?

Świecka osoba konsekrowana na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się sposób tłumu innych świeckich. Nie nosi habitu, mieszka wśród świeckich, pracuje czy kształci się jak każdy inny, przeciętny człowiek. Nie prowadzi życia wspólnotowego w takim sensie, w jakim jest ono praktykowane w klasztorach. Świecy konsekrowani łączą w swoim życiu trzy ważne elementy: konsekrację, świeckość i apostolstwo. W przypadku osoby świeckiej i zakonnej cel konsekracji jest dokładnie taki sam: bezwarunkowe pójście za Chrystusem wyrażające się życiem według rad ewangelicznych. Złożone śluby są potwierdzeniem woli takiego stylu życia.

Jaka jest więc różnica między konsekrowanymi świeckimi a zakonnymi? Najprościej rzecz ujmując to środowisko czy bardziej warunki, w jakich realizuje się rady ewangeliczne. Świecki konsekrowany cały czas pozostaje obecny w świecie, żyje w takiej samej rzeczywistości jak świeccy, którzy ślubów nie składali. Takim samym rytmem codzienności jak inni i w przeciwieństwie do zakonnic i zakonników nie żyje we ścisłej wspólnocie życia zakonnego. Przez taki styl życia świeccy konsekrowani mają być wyraźnym znakiem tego, że nasza codzienność może (a nawet powinna) być uświęcona, czyli przeniknięta i zanurzona w relacji z Bogiem. Sacrum przenika się z profanum, świętość z codziennością. Bo przecież odkąd Syn Boży stał się człowiekiem, całe ludzkie życie zostało uświęcone. O ile wspólnoty zakonne w pewien sposób wyłączają się ze świata, o tyle świeccy konsekrowani mają realizować swoje śluby w rzeczywistości takiej, w jakiej żyje większość ludzi.

Jaka jest wobec tego rola Świeckich Instytutów Życia Konsekrowanego? Nie zastępują wspólnoty zakonnej, ale pełnią raczej role swego rodzaju zwornika. Jak pisze w jednym ze swoich tekstów Janina Słomińska:

Instytut stwarza szanse wielostronnego i ciągłego rozwoju. Formacja w instytucie, zarówno początkowa, na pierwszych etapach, jak i później – po profesji wieczystej – formacja permanentna, pomaga do osobistej refleksji, ożywia, zapobiega „sklerozie” duchowej, intelektualnej, społecznej.
Instytut mobilizuje też do rozwoju zawodowego, do stałego powiększania swojej wiedzy i umiejętności zawodowych.

Warto w Dniu Życia Konsekrowanego pamiętać, że konsekrowani to nie tylko zakonnicy i siostry zakonne, ale również wielu świeckich, którzy żyją pośród nas. To również ich święto.

Artykuł pochodzi z portalu gosc.pl (info admin)