Sumienie umiera

Z KS. TOMASZEM HORAKIEM ROZMAWIA PRZEMYSŁAW KUCHARCZAK GN 07/2007

Przemysław Kucharczak: Coraz mocniej widać wśród Polaków tendencję do relatywizowania grzechu: nie „ukradłem”, tylko „zabrałem”, „minąłem się z prawdą” zamiast: „skłamałem”, itd. Co niedobrego dzieje się z naszymi sumieniami?

Ks. Tomasz Horak: – Żeby się w ogóle coś działo… To już by było dobrze! Sumienie umiera, bo zaciera się poczucie grzechu. Polacy dzisiaj coraz częściej uznają za grzech tylko to, co wyrządza bezpośrednią i widoczną krzywdę innemu człowiekowi. Ukradłem komuś konkretnemu, skląłem kogoś konkretnego, którego widzę – no to jeszcze jest grzech. Ale jeśli coś nie wyrządza drugiemu takiej bezpośredniej krzywdy, ludzie przestają to odczytywać jako grzech.

Na przykład?
– Choćby grzech pod tytułem: „my się kochamy”. Domyśla się pan, co za tym uzasadnieniem często się kryje? „My się kochamy, przykrości nikomu nie wyrządzam, a przeciwnie, ta druga osoba też z tego się cieszy, tu nie ma żadnego grzechu”. Jednak w centrum uwagi człowieka, który głosi takie zdanie, nie jest Bóg, ale człowiek. Właśnie człowiek staje się bożkiem, do którego wszystko się odnosi. I wtedy zostaje utopiony najgłębszy sens wypowiedzi z Ewangelii: „wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. W tym zdaniu z Ewangelii jest odniesienie człowieka do wielkości Boga. A my tymczasem spychamy Boga do małości człowieka. Na murze w Nysie był kiedyś taki napis: „Stwórzmy sobie Boga na nasz obraz, podobnego do nas, parszywego. A wtedy nie będziemy mieli wyrzutów sumienia”. Ktoś fantastycznie nazwał to zjawisko! Bo kiedy człowiek staje się bogiem, jego sumienie przestaje funkcjonować.

Jednak dawniej ludzie chyba nie grzeszyli mniej niż dzisiaj? Co się zmieniło?
– To prawda, kiedyś ludzie wcale nie grzeszyli mniej. Ale wiedzieli, że grzeszą.

Modne robi się dziś wśród młodych „mieszkanie ze sobą” przed ślubem. Czy ludzie mają jeszcze dylemat, jak na takie sytuacje reagować?
– Tylko raz ktoś o to zapytał. Być może boją się zdecydowanej odpowiedzi na „nie”. Znam takie pary i sam się obawiam, że jeśli usłyszą bardzo zdecydowane „nie”, to drugi raz mogą mnie o nic nie zapytać. I że będzie wtedy jeszcze gorzej, bo stracimy kontakt.

Czy dlatego, żeby ich na przykład nie urazić, rodzice takich młodych ludzi mają milczeć? 
– No, nie powinni. Widzę, że ta erozja sumień dokonuje się stopniowo, małymi kroczkami. Jak wskazówka zegara: nie widać, że ona się przesuwa, ale po godzinie już jest w innym miejscu. Na początku młodzi pojechali razem na wycieczkę, nawet szkolną. Później na kolejną wycieczkę, ale już bez reszty paczki. Było to niewinne, ale mama się przyzwyczaiła i ksiądz się przyzwyczaił, i oni się przyzwyczaili. No i w końcu następnym etapem dla takiej pary staje się zamieszkanie razem. Zazwyczaj podczas studiów, choć nie tylko. Myślę, że już znacznie wcześniej rodzice i spowiednik powinni zareagować. Przegapili tę chwilę, bo każdy z tych kolejnych kroczków wydaje się zbyt mały i w sumie niegroźny, żeby wydawać się problemem.

Więc w którym momencie rodzice mieli reagować?
– W tym pierwszym.

To znaczy?

– W tym pierwszym momencie, kiedy młodzi jeszcze mogli inaczej to swoje życie poukładać. Trzeba jak najwcześniej przygotować dzieci do podjęcia dobrych decyzji. Choćby przez to, że się o tym będzie w domu mówiło.

Ale na którym etapie rodzic powinien postawić weto? Już na etapie wycieczki we dwoje?
– Strasznie trudno tutaj dawać recepty, bo każda sytuacja jest inna. Patrzę wstecz na jedną z moich przegranych w tym względzie. I mam takie odczucie, że trzeba było w jakiś sposób zareagować wcześniej. Nie czekać biernie na to, co się stało później. Wycieczka we dwoje pary młodych ludzi nie jest grzechem, ale jednak wiąże się z tym jakieś duchowe niebezpieczeństwo. Zresztą ten sam mechanizm obowiązuje przy innych grzechach, przy stosunku do prawdy czy stosunku do własności. Niewinne kłamstewko czy sięgnięcie po coś niczyjego z czasem narasta i robi się potężnym problemem. Jedna mała dziurka w dętce wystarczy, żeby opona przestała służyć.

Więc szatan usypia nasze sumienia przez stępienie naszej wrażliwości w drobnych sprawach? 
– Dobrze, że padło w naszej rozmowie imię szatana. Bo jeśli nie zobaczymy, że za rozmywaniem się sumienia stoi osobowa moc zła, to nic na temat sumienia nie zrozumiemy i niczego nie naprawimy.

Fakt, dzisiaj modniejsze jest mówienie o samodoskonaleniu niż o świecie duchów…
– Żeby się bronić, trzeba dostrzec wroga. Kapitalne wyczucie miał autor biblijnej opowieści o drzewie. Tam kusiciel zastosował dokładnie tą samą metodę zaczynania od drobiazgów. Ewa na początku właściwie tylko pogadała sobie z wężem. No niby co w tym złego, prawda? A potem już poleciało… Lawina ruszyła. Niebezpieczeństwo widzę też w tym, że znikają dziś systemy kar. Kiedyś w szkole a to się dostawało po łapach, a to stało w kącie, a to się przepisywało sto razy „nie będę pluł na tablicę”. Teraz system kar utraciła i szkoła, i rodzice. Oni też już nie potrafią ukarać swoich dzieci. No i same dzieci nie pozwalają się ukarać. A płynie to z atmosfery „pozytywnego oddziaływania” na wszystko i na wszystkich. A kiedy nie ma systemu kar, znika to jasne rozgraniczenie, co jest dobre, a co złe.

Kiedy się czyta Ewangelię, to widać, że Pan Jezus potrafił być bardzo ostry dla swoich słuchaczy.

– Z jednej strony jest prawdą, że Dekalog jest prawem zakazów, a Ewangelia nie jest prawem zakazów. Ale z drugiej strony Jezus nieraz stawiał sprawę na ostrzu noża. Mówił: jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij! jeśli twoje oko jest powodem grzechu, wyłup!

Ks. Twardowski napisał kiedyś rachunek sumienia z pytaniem: „Czy nie przekształcałem Ewangelii w łagodną opowieść?”.
– No właśnie, coś z tego dzisiaj jest. Widzę to nawet u samego siebie na ambonie: wolę wszystko naświetlać od strony dobra. Pokazywać pozytywne wartości, bo właśnie za nimi ludzie pójdą. I myślę, że tak trzeba. Ale jednocześnie trzeba mówić: jest bariera, której przekroczyć nie wolno. Trzeba tę barierę wskazywać. A to rozmywa się coraz bardziej. Zwłaszcza w wychowaniu młodego pokolenia. I rzutuje to na nas wszystkich. Wychowawca, który rozmywa tę barierę wobec swoich wychowanków, rozmywa ją też wobec samego siebie. On też z czasem traci właściwe spojrzenie na siebie i na swoje sumienie. To zadanie także i dla księży, żeby położyć większy akcent na nabożeństwa pokutne, w których jest miejsce na rachunek sumienia czy pokutne refleksje.

A jak ja, świecki, mam obudzić swoje sumienie?
– Kiedyś pewna osoba opowiadała w konfesjonale o zdrowiu, o rodzinie. Zwróciłem jej uwagę, że ma lepiej przygotować spowiedź. Miałem wyrzuty sumienia, że powiedziałem to zbyt ostro. Następnym razem przyszła i odbyła głęboką spowiedź. Czuło się, że zrobiła solidny rachunek sumienia, że sprawę przemodliła. Poradziłem kiedyś nastoletniej dziewczynie stałego spowiednika. Dzisiaj ona już jest studentką, ale dalej korespondujemy. Pisze mi: „za bardzo katolicka to ja nie jestem, ale tego stałego spowiednika mam”. Więc może stały spowiednik jest tą drogą?

Jak często, zdaniem Księdza, powinniśmy się spowiadać?
– Kościół mówi, że przynajmniej raz w roku.

Proszę coś poradzić chrześcijanom, którzy chcą nad sobą pracować.
– Tak często, żeby ten czas był do ogarnięcia myślą. Czyli nie rzadziej niż co dwa, najwyżej trzy miesiące. Wtedy mogę obserwować dynamikę moich grzechów. Czy jakieś paskudztwo we mnie narasta, czy się zmniejsza. W mojej parafii uczę dzieci, żeby przy każdej spowiedzi postanowiły coś konkretnego. I większość z nich zachowało ten sposób spowiadania się także w dorosłości. W konfesjonale wyznają: „w czasie ostatniej spowiedzi szczególnie postanowiłem to i to”. I dodają, że tego postanowienia udało im się dotrzymać, albo że im się nie udało. To ważne, bo ze wszystkich warunków dobrej spowiedzi „mocne postanowienie poprawy” jakoś się gubi. Zostaje z niego tylko formułka. Naklejka na pudełku, a w pudełku pusto. Ja sam w dzieciństwie przestałem chodzić do spowiedzi, bo nie potrafiłem dotrzymać słowa: „obiecuję się poprawić i więcej nie grzeszyć”. Aż mi jakiś mądry ksiądz wytłumaczył: „ty grzeszyć będziesz zawsze, ale ty masz być lepszy”. To można osiągnąć właśnie przez obietnicę poprawy zwłaszcza z jednego, konkretnego grzechu.

Chleb gaśniczy

Gdzie brakuje żywej wiary, tam też z reguły nie ma znaków wiary. A jedno wpływa na drugie.

Moja śp. teściowa opowiadała kiedyś o zdarzeniu, którego przed wieloma laty była świadkiem. W okolicy wybuchł pożar – płonęła drewniana stodoła, pełna zapasów. Ludzie się zbiegli, próbowali gasić, ale płomień był zbyt wielki. Nagle ktoś krzyknął: „Czy ktoś ma chleb świętej Agaty?”. Ktoś miał. Jakiś mężczyzna rzucił zasuszoną kromkę w ogień. W tym momencie płomień jakby zapadł się w kłębach dymu. – To wyglądało tak, jakby ktoś narzucił na ten pożar wielki koc. Zakotłowało się i było po wszystkim – wspominała teściowa.

Przywołuję tę historię w dniu wspomnienia św. Agaty. Według tradycji ta dziewica męczennica wymodliła cud zatrzymania zalewającej Katanię lawy z wulkanu Etna. Jest czczona m.in. jako orędowniczka w niebezpieczeństwie pożaru. Z myślą o tej „specjalizacji”, w Polsce święci się w jej wspomnienie chleb, sól i wodę.

Przyznam, że niespecjalnie przywiązywałem wagę do tego rodzaju zwyczajów – do czasu, gdy usłyszałem powyższe świadectwo.

Jasne, że te wszystkie poświęcone (pobłogosławione) rzeczy, a także gromnice, medaliki i w ogóle wszelkie sakramentalia same z siebie niczego nie sprawiają. Jednak błogosławieństwo Kościoła i związana z nim wiara ludzi, owszem, sprawiają wiele. Bóg najwyraźniej poważnie traktuje wszystko to, co Kościół traktuje poważnie, nawet jeśli wynika to tylko z uświęconych lokalnych zwyczajów. Bo one są – no właśnie – uświęcone, zanurzone w tym, co święte.

Czy to rzeczy bez znaczenia? Cóż, można się bez tego zbawić, podobnie jak można się zbawić nie mając w domu krzyża, nie mając świętych obrazów, nie używając wody święconej i lekceważąc takie rzeczy jak błogosławieństwo księdza przychodzącego „po kolędzie”. To wszystko nie jest konieczne do zbawienia, owszem. Ale Bóg chce dawać nam dużo więcej niż konieczne. A tak się jakoś składa, że gdzie brakuje żywej wiary, tam też z reguły nie ma i tych wszystkich rzeczy. Jedno wpływa na drugie.

Wszystkie błogosławieństwa Kościoła są jak wiadomości od Boga – że nas kocha i chce troszczyć się o wszystkie drobiazgi naszego życia. Nie jest Mu obojętny żaden dramat i żadne zagrożenie. Chce, żebyśmy żyli w przestrzeni Jemu poświęconej, bo to jest przestrzeń dla nas po prostu bezpieczniejsza. Ostatecznie chodzi przecież o zachowanie nas od ognia dużo gorszego niż ten ziemski. Żebyśmy do nieba poszli – o to chodzi.

Informacja ze strony: www.gosc.pl

Wierzysz, że może cię uzdrowić?

MACIEJ RAJFUR /FOTO GOŚĆ

– Bardzo często nie wierzymy, że Pan Jezus może nas podczas Mszy uzdrowić. Wolimy łykać antybiotyki – mówi „Orzech”.

Jak co roku, Bal Przyjaciół Duszpasterstwa Akademickiego „Wawrzyny”, nazywany popularnie „Balem Złomów”, zebrał przy wspólnej zabawie karnawałowej zarówno absolwentów „wawrzynowych”, jak i studentów.

Pierwszym punktem uroczystego wieczoru była Msza św. W homilii ks. Stanisław Orzechowski poruszył temat czasu w życiu człowieka, nawiązując do słów z Księgi Hioba: „Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei”.

– Św. o. Pio mówił, że kto ma czas, ten go nie traci. Czasu mamy mało, a jeżeli go tracimy, to możemy już dopisać sobie drugie imię: kapuściany głąb – stwierdził w swoim stylu „Orzech”.

Dodał, że tylko czas, który nieustanne ucieka, jest naszą własnością.

– Św. s. Faustyna mądrze napisała w swoim „Dzienniczku”: „Czas przechodzi i nigdy nie wraca, pieczętuje i zamyka sprawy na wieki”. Zwróćcie uwagę, że nie znalazł się dotychczas żaden mędrzec, który by wyjaśnił istotę czasu. Potrafimy go zmierzyć, ale nie potrafimy go wyjaśnić – mówił ks. Orzechowski.

Duszpasterz „Wawrzynów” zwrócił uwagę, że dzisiaj bardzo się spieszymy i dlatego wszystko nam się wydaje za krótkie. W pośpiechu jemy, pracujemy, nawet odpoczywamy. – Ilu z was może spokojnie zasiąść z żoną i dziećmi do śniadania? – pytał kapłan.

Mówił, że współcześnie nasz pośpiech, podobnie jak w Księdze Hioba, przerywa jedynie choroba, która przychodzi znienacka. – 25 proc. ludzi przed 30. rokiem życia wie, co to jest depresja. Dzisiaj coraz mniej widać w nas naturalnego śmiechu i radości. Gdzie jest rozradowany Kościół? Raczej pogrzebowy Kościół, depresyjny Kościół – analizował ks. Orzechowski.

Zaznaczył, że całe rzesze chorych, czyli inaczej mówiąc – bezradnych, oblegają przychodnie. Ludzie szukają najróżniejszych sposobów i chwytają się wielu niekonwencjonalnych rozwiązań, by się wyleczyć. – Nasłuchujemy różnych bzdur czy plotek, tymczasem są jedne jedyne drzwi, za którymi stoi Pan Jezus. On ma lekarstwo na nasze choroby. Pismo Święte jasno to przekazuje: „On wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby” – cytował „Orzech”.

Jak tłumaczył, Biblia nie nazywa depresji bezpośrednio, ale mówi o ludziach „złamanych na duchu”. Chrystus ich uzdrawiał. Dlaczego? Żeby potem nauczać ich prawdy o zbawieniu.

Kaznodzieja opowiadał także, że Pan Bóg nieraz pokazał mu jasny dowód w postaci uzdrowienia – np. za wstawiennictwem św. Błażeja kapłan został uzdrowiony z choroby gardła.

– My, niestety, rozdzieliliśmy współcześnie te dwie sprawy. Owszem, idziemy do Kościoła i nawet słuchamy słowa Bożego, ale bardzo często nie wierzymy, że Pan Jezus może nas podczas Mszy św. uzdrowić. Wolimy łykać antybiotyki, faszerować się lekarstwami. A Jezus się nie zmienił. Po prostu nasza wiara zdechła… Nie wierzymy, że On może nie tylko nas nauczać, ale i uzdrawiać – podsumował ks. Orzechowski.

artykuł pochodzi z portalu gosc.pl (info admin)

Wnioski z wykładu o „Nie wódź nas na pokuszenie” – ks. Wojciech Węgrzyniak

ks. Wojciech Węgrzyniak

 2 stycznia w Kolegiacie św. Anny w Krakowie wygłosiłem wykład na temat modlitwy
„I nie wódź nas na pokuszenie”. Tutaj chciałbym podzielić się najważniejszymi   wnioskami.

1. Tłumaczenie „Nie wódź nas na pokuszenie” jest poprawne i oddaje sens tekstu greckiego. Tak jak poprawne jest tłumaczenie „bracia Jezusa”, choć ich Jezus nie miał albo „Kto nie ma w nienawiści ojca lub matki nie jest mnie godzien” chociaż Jezus nie wzywa do nienawiści.

2. Można by się zastanowić, czy nie uwspółcześnić tłumaczenia na „Nie wystawiaj nas na próbę”, albo „Nie poddawaj nas próbie”. Trzeba jednak pamiętać, że nie ma pokusy, która nie byłaby próbą, ani próby, która nie mogłaby stać się pokusą. Pokusa nie jest sama w sobie zła. Istniała ona przed diabłem. Inaczej anioł nie mógłby powiedzieć Bogu „nie”. Pokusa bowiem jest możliwością popełnienia zła wynikającą z istnienia wolnej woli, którą mają tylko aniołowie i ludzie.

3. Problemy z rozumieniem słów Jezusa istniały większe lub mniejsze od wieków. Generalnie jednak nie zmieniano słów Jezusa, tylko je wyjaśniano w komentarzach.

4. Nigdy nie rozumiano modlitwy w ten sposób, że to Bóg nas prowadzi do upadku, zła i grzechu.

5. Problemem nie jest tłumaczenie, tylko interpretacja. Tradycja wypracowała trzy zasadnicze kierunki:
a) Nie prowadź nas na doświadczenie  (jak Abrahama czy Hioba), które może stać się pokusą. To modlitwa w duchu Jezusa: „Ojcze, oddal ode mnie ten kielich”. To modlitwa o to, żebym nie miała chorego dziecka, bo jak mnie wystawisz na taką próbę, to zrodzi się pokusa, by je usunąć i może to doprowadzić do grzechu. To wiara w to, że od Boga zależą wielkie doświadczenia.
b) Nie pozwól, żebyśmy byli prowadzeni na pokusę – diabeł prowadzi do pokusy, a Bóg tylko pozwala. Jezus mówi „nie wódź” zamiast „nie pozwól wodzić”, bo taki był wtedy sposób mówienia, ale sens jest taki, że modlimy się, by Bóg nie pozwolił diabłu na kuszenie nas. A pozwala np. wtedy, kiedy nas opuszcza. Prosimy więc, by tego nie robił. To wiara w to, że to Bóg decyduje, ile diabeł może nas kusić.
c) Nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie – to prośba o to, że jak już diabeł kusi, byśmy nie ulegli pokusie.

6. Każdy z interpretacji ma dobre i złe strony. Te złe to:

– „Nie wódź na nas pokuszenie” – sugeruje, że Bóg bierze czynny udział w złym.
– „Nie dopuść, abyśmy byli kuszeni” – sugeruje, że Bóg współdziała z szatanem ustalając miarę kuszenia.
– „Nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie” – zawęża modlitwę tylko do pokus, eliminując z niej prośbę o zachowania od ciężkich życiowych próba i nieszczęść.

7. „Nie dopuszczaj do nas pokusy” czy „Nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie” nie są tłumaczeniami tylko interpretacjami. Jednak interpretacjami dopuszczalnymi, tzn. nie wypaczającymi zasadniczego sensu oryginalnego zdania.

8. Propozycja papieża nie jest nowa. Dlatego nie można oburzać się na niego. W tym kierunku myślał już Orygenes. Tak przetłumaczyła Biblia Tysiąclecia już w roku 1969. Taką logikę stosują prawdopodobnie sami Ewangeliści. Łukasz przekazuje słowa Jezusa: Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. (Łk 14,26). Ale Mateusz przekazuje je inaczej: Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. (Mt 10,37). Nie chce widocznie, by ktokolwiek pomyślał, że Jezus namawia do nienawiści.

9. Różnica między pokusą, próbą a doświadczeniem jest tylko intencjonalna i mówi więcej o tych, którzy stoją za przyczyną danej rzeczywistości niż o tych, którzy tej rzeczywistości doświadczają. Gdy na przykład chłopak chce ze mną zgrzeszyć, przychodzi i rozpoczyna czynności wstępne, to:
a) To co się dzieje jest pokusą w oczach diabła (bo chce bym upadła) i w oczach chłopaka (chce jak diabeł, ale o tym pewno nie wie),
b) To co się dzieje jest próbą w oczach Boga, na którą dopuszcza ze względu na: wolność człowieka lub ze względu na swoją wolę (chce mnie czegoś nauczyć),
c) To ode mnie zależy czy na to co się dzieje popatrzę oczyma Bożymi (to próba, więc może mnie ona wzmocnić) czy oczami złego (to pokusa, więc zacznę panikować albo widzieć w chłopaku diabła). Najgorzej jak zrozumiem to jako okazję (a więc nie myśląc w kategoriach ani próby ani pokusy, ulegnę i wcale nie będę się modliła słowami „Nie wódź mnie na pokuszenie” czy „Nie dopuść, abym uległa pokusie”.
Ostatecznie nieważne czy to Bóg wystawia na próbę czy diabeł kusi, bo i tak:
a) Jest to doświadczenie, które może mnie pogrążyć albo wzmocnić.
b) Nigdy nie jest ono ponad moje siły (więc nie muszę upaść).
c) Koncentracja musi iść w kierunku „jak wygrać?” a nie „kto za tym stoi?

10. Osobiście i na razie jestem za wersją „nie wódź nas na pokuszenie” (względnie „nie wystawiaj nas na próbę”), bo to modlitwa, w której widzę wszystkie poniższe myśli:

a) Proszę, by Bóg nie wystawiał nas na ciężką próbę choroby czy kalectwa, chociaż znam takich, co dziękują Bogu za raka.
b) Proszę, by Bóg nie dopuszczał do mnie ciężkich prób wojny czy innego nieszczęścia, które ktoś na nas zamierza.
c) Proszę, by Bóg był przy mnie, kiedy kusi mnie diabeł, kuszą ludzie lub kiedy sam siebie kuszę. Bo kiedy On będzie przy mnie, nie pozwoli, bym przechodził pokusy ponad moje siły.
d) Proszę, bym nie upadł, to znaczy nie zgrzeszył. By czy to doświadczenie trudne, czy pokusa banalna nie popchały mnie w ręce złego.
e) Zostawiając prośbę sugerującą, że to Bóg jest pierwszą przyczyną wszystkiego, wyznaję wiarę, że nawet w pokusie chcę myśleć przede wszystkim Nim, o tym, co robi i może robić mój Ojciec a nie o tym, co robi diabeł (kusi), albo o tym, co mogę zrobić ja (ulec pokusie).

Piotr szedł po falach jeziora, choć było to przeciwko prawu ciążenia, szedł, bo patrzył w oczy Chrystusa. Gdy zwątpił, gdy stracił z Mistrzem osobisty kontakt, zaczął tonąć… (Jan Paweł II, Poznań, 3.06.1997)

Artykuł pochodzi z blog.gosc.pl (info admin)

Spacer po lodzie

Marcin Jakimowicz GN 50/2017

Wyładowałem na ojcu wszelką złość. Wykrzyczałem mu w twarz, że go nienawidzę: „Mam nadzieję, że spotkamy się na twoim grobie”. To, co stało się później, jest cudem.

Jasiek Mela

Szedłem niedawno w Krakowie ulicą i zobaczyłem samochód. Podszedłem, by się przyjrzeć. Był to ford capri − jedyne auto na świecie, którego z serca nienawidzę. Dlaczego? Bo mój tata kupił kiedyś taki samochód i ten czarny ford odebrał mi pół dzieciństwa. Pamiętam tatę, jak wychodził na podwórko i godzinami naprawiał tego grata. Brakowało mi bliskości ojca. Wyrastałem w samotności. Bardzo brakowało mi rozmów, przyjacielskich gestów. Teoretycznie spędzał z nami dużo czasu (jeździł przez pewien czas do pracy jedynie na weekendy), ale praktycznie byłem sam. Między nami była zima. Po latach nasze światy zaczęły się rozjeżdżać. Długo bezskutecznie szukałem uznania w oczach mojego taty. Nie chodziłem po mieście z obitą mordą, połamany, a jednak przez wiele lat czułem się nikim.

Pamiętam wiele trudnych obrazków. Nieprzespane noce: leżę w łóżku i pocę się, słysząc awanturę w pokoju rodziców. Starałem się bronić mamy, wchodzić między nich. Myślę, że tata starał się, ale ponieważ nie wyniósł z rodzinnego domu wzorców normalnych zachowań, zazwyczaj wszystko kończyło się porażką.

Po moim wypadku, gdy przyjeżdżał do szpitala, naprawdę miałem go dość. Mobilizował mnie w rehabilitacji, ale robił to (inaczej chyba nie umiał) w bardzo surowy sposób: „Ćwicz, bo nic z ciebie nie będzie. Będziesz nikim”. Po każdym takim słowie czułem się przygnieciony. Czasem mnie to motywowało, czasem łamało. Teraz wiem, że bez tego pewnie do dziś siedziałbym w miejscu i użalał się nad sobą. Z moim trudnym charakterem potrzebowałem mocnej motywacji. To od taty nauczyłem się, jak akceptować niepełnosprawność, ale jednocześnie nie być kaleką, bo to dwie różne rzeczy.

To był cholernie trudny czas. Cierpienia i wymuszonej wdzięczności. Po wypadku moja szkoła zrobiła festyn na rzecz rodziny Jaśka Meli. Dla mnie − zbuntowanego nastolatka, który najchętniej założyłby słuchawki z ostrym hip-hopem – wejście w rolę kaleki, któremu biją brawo z politowania, było traumą. Nawet jeśli chcieli dla nas dobrze. Chciałem być kilerem albo schować się w tłumie, a lądowałem na scenie.

Pewna amerykańska fundacja postanowiła zrobić mi protezę. Miałem polecieć do Stanów. Niestety nie sam – byłem zbyt młody. Poleciałem z ojcem. To był koszmar, bo cały czas widziałem w nim kata, który tylko czeka, aż się wywalę i skwituje: „A nie mówiłem?”. Gotowało się we mnie, ale ponieważ otaczali mnie życzliwi Amerykanie, dzień w dzień musiałem budzić się z wdzięcznością na ustach. Nie chciało mi się żyć. Nie miałem siły udawać. Kiedyś stanąłem nad basenem i sobie… wpadłem. W ciuchach. Nie było przestrzeni, by rozmawiać z tatą w cztery oczy. Dzielił nas kosmos. W końcu kiedyś nie wytrzymaliśmy i emocjonalnie wyrzygaliśmy się na siebie. Nie ma innego słowa, którym można by to opisać. Był biedny, bo wyładowałem na nim wszelką złość, niezgodę na to, co mnie spotkało. Wykrzyczałem mu w twarz, że go nienawidzę, że jedynym moim marzeniem jest osiągnięcie pełnoletniości i wyparowanie z domu z ostentacyjnie pokazanym środkowym palcem i krzykiem: „Mam nadzieję, że spotkamy się na twoim grobie”. Dziś widzę, że to, co stało się od tego wydarzenia, jest cudem. Nie przesadzam. To interwencja Boga.

Tata też wykrzyczał mi wtedy wiele rzeczy. We łzach, w złości wykrzyczał kawał historii swojego życia. Powiedział o epizodach, o których nie miałem bladego pojęcia. O tym, w jakich otchłaniach lądował. Po tym wszystkim inaczej na niego spojrzałem. Początkowo rozwaliło mi to świat. Myślałem, że ojciec jest imperatorem, władcą, bogiem czy raczej demonem. Że to on pociąga za wszystkie sznurki, trzyma wszystko w garści. Że gdy czyni zło, gdy chce mi dokopać, to dlatego, że tak sobie postanowił. Zobaczyłem natomiast bezradnego człowieka, który nie radzi sobie z historią swego życia. Obnażył się, pokazał słabość i, paradoksalnie, to był początek drogi uzdrowienia naszych relacji. Zrozumiałem, że on nie mógł w swym domu nauczyć się zachowań, których oczekiwałem. Że chodził na siłownię po to, by obronić swą mamę przed ojcem. Że każdego ranka mierzył się z tą straszną ciszą, gdy jego ojciec był zdziwiony, że nikt nie mówi mu z uśmiechem „dzień dobry”. Musiał funkcjonować w takim dysonansie. Ja od czasu tej awantury wiem, że nie ma złych ludzi, że złe zachowanie ma źródło w strachu. Nie ma złych ludzi. Są zranieni, skrzywdzeni, przygnieceni życiem.

Teraz widzę, że tata był dla mnie cały czas niezwykle ważny. Gdy mama płakała po moim wypadku i martwiła się, czy będą kolejne amputacje, to było normalne. Matki zawsze płaczą. Pamiętam jednak scenę, gdy tacie zaszkliły się oczy. Oczywiście nie dał tego po sobie poznać i wyszedł. „Kurde, skoro nawet tata płacze, to znaczy, że jest naprawdę źle” – załamałem się. Przecież on wszystko potrafi: chatę zbuduje, położy posadzkę, naprawi kanalizację i samochód. Nigdy nie było u nas żadnego specmajstra – tata wszystko ogarniał! Umie zrobić wszystko, a teraz płacze”. Myślę, że gdy brnąłem przez śnieg, idąc na biegun, jedną z motywacji było hasło: „Zobaczysz, że dam radę”.

Stopniowo przestałem widzieć w nim agresora. Dostrzegłem człowieka zranionego. To była jedna z najważniejszych lekcji, która przewartościowała moje życie. Widziałem, jak zaczął nad sobą pracować i jak Bóg zaczął zmieniać nasze serca.

Wielu ludzi traktuje mnie jak mentora. „Jesteś taki dojrzały” − słyszę. Przez pewien czas myślałem nawet, że to fajne. Przeszedłem błyskawiczny kurs dorastania, tyle że po drodze przeskoczyłem kilka etapów. Dziś muszę je nadrobić. To tak jakbyś znalazł się od razu na czwartym roku studiów. Fajnie. Do czasu, gdy ktoś zapyta cię o wiedzę sprzed dwóch lat.

Wydarzyło się miliard różnych rzeczy – tata wszedł do wspólnoty neokatechumenalnej, dostał słowo o tym, że Bóg zabiera mu serce kamienne i daje serce z ciała. Wyobraź sobie, jak to musiało go boleć! Wiele razy powiedzieliśmy sobie: przepraszam. Zobaczyłem, jak źle go oceniałem, że bardzo starał się przez lata mnie kochać. Zbliżaliśmy się do siebie. Odbudowaliśmy relacje. Bardzo się polubiliśmy. Mam przyjaciela. Dla mnie to jeden z najważniejszych dowodów na istnienie Boga. Włożyliśmy (zwłaszcza mój tata) masę pracy w tę odbudowę, ale tylko ludzkimi siłami nie dałoby się …

Kilka lat temu tata, który dba o drzewo genealogiczne rodziny, opowiadał o babci, która była wywieziona na Syberię. Rzuciłem: „A może pojedziemy na Syberię?”. „Rodzinnie?”. „Nie. Mamę i siostry zostawimy. Ruszymy we dwóch”. Zobaczyłem błysk w jego oku. Byliśmy jak dwaj mali chłopcy. Ruszyliśmy na wschód, do miasta Abakan. Tata znał świetnie rosyjski, ja dbałem o sprzęt. Mogłem go też czegoś nauczyć! {BODY:BBC} (śmiech){/BODY:BBC}

To był genialny czas. Ja nie tylko kocham mojego tatę. Ja bardzo go lubię. Nie wypada nie kochać ojca − mamy to zakodowane. Tak nas uczy religia. „Czcij ojca swego” − jaki by nie był, wypada go szanować. A ja mojego tatę po prostu lubię. Cenię jego zaradność, odwagę, pokorę. Podziwiam jego duchową drogę. Mamy doświadczenie, że Bóg najgorsze traumy naszego życia obraca w perły. Obaj przeszliśmy bardzo długą i bolesną drogę. Mamy na koncie wiele strasznie trudnych rzeczy. Dziś mam w nim przyjaciela. Idziemy razem.

Bogdan Mela

Popełniłem mnóstwo błędów. Byłem bardzo surowy. Wiem o tym. Nie panowałem nad gniewem. Najbardziej zdumiewające jest to, że ludzie np. bezdomni, z którymi pracuję, widząc mnie, mówią: „Boguś, zazdroszczę ci spokoju, łagodności”. Nie mają pojęcia, jaki byłem przed laty.

Bóg zmienił mi charakter. Przeszedłem długie terapie, ale widzę po latach, że najlepszą z nich zaserwował mi… Kościół katolicki. To na Drodze Neokatechumenalnej nie tylko pogodziłem się z historią mojego życia, „odpuściłem”, ale też nauczyłem się błogosławić sytuacje, które wydawały się przeklęte. Nie mam do Boga pretensji.

Byłem osobą gwałtowną, ostrą, wybuchową, porywczą. Uważałem, że muszę wykrzyczeć to, co czuję. Byłem skonfliktowany z całym światem. Całe życie pod prąd. O każdym wydawałem ostre sądy. Zawsze miałem rację. Nie miałem pojęcia, że nosiłem pancerz, pod którym tłumiłem wielki bunt wobec rzeczywistości. Bóg zaczął powoli przemieniać moje kamienne serce w serce z ciała.

Kiedyś, w czasie ostrej awantury z Jasiem, stanąłem nad nim i poczułem, jakby mój tata stał nade mną. Ja byłem na miejscu syna. Skopiowana sytuacja z dzieciństwa. Poczułem w sercu tak wielką nienawiść do tego człowieka, że od razu wsiadłem w samochód i pojechałem na kraniec Polski, by z nim pogadać. Zamknęliśmy się na kilka godzin na strychu i opowiedziałem mu wszystko: „Tato, chcę ci powiedzieć, jakie noszę w sobie uczucia. Po latach czuję wielką złość. Nie znika. Jest stłumiona, ale nie znika”. Jak to przyjął? Starał się to zracjonalizować, pytał: „Dlaczego?” Powiedziałem: „Nie wiem dlaczego. Mówię ci, co czuję”. Wiem, że mocno to przeżył, powiedział rodzinie, że mieliśmy do załatwienia „coś ważnego”. Gdy po jakimś czasie ten silny mężczyzna zachorował na raka, szybko zaczął gasnąć. Pojechałem do szpitala i powiedziałem: „Tato, wiesz, że cię kocham”. Poczułem dysonans, bo gdy mówisz o emocjach negatywnych, brzmi to niezwykle mocno, a szept „kocham cię” jest blady, cichy, delikatny. „Tato, rozumiesz, co ci powiedziałem?” – upewniłem się: „Kocham cię!”.

Bóg miał trochę pracy z naszą rodziną. {BODY:BBC} (śmiech){/BODY:BBC} Przez lata wykonał nieprawdopodobną robotę. Jesteśmy czternasty rok na Drodze Neokatechumenalnej. Sam jestem katechistą. Mam pracę, którą lubię, swoją firmę i pracę w ośrodku dla bezdomnych. Znam historię każdego z tych ludzi, patrzę na ich połamane życiorysy i widzę, do jakiego miejsca doprowadził mnie Bóg. Czuję, że jestem szczęściarzem.

Gdy bezdomni zetkną się z najmniejszą trudnością, często od razu rezygnują. Są zmotywowani do jakiejś pracy, ale wystarczy drobnostka, zwykły deszcz, i od razu odpuszczają. Zdarza mi się czasem, że w trudnościach przychodzą do mnie jak do ojca: „Boguś, pomóż!”.

Sytuacji w naszym domu nie ułatwiało to, że byłem bardzo odporny na trudności. Na pożar domu, śmierć Piotrusia, wypadek Jasia. „Zamknę się w sobie, ale wytrzymam”. Trudności mnie nie zrażają. Robię swoje. Trochę czasu musiało minąć, bym dopuścił do tych sytuacji Pana Boga…

artykuł pochodzi z portalu gosc.pl (info admin)