Archiwa autora: admin

PLAN REKOLEKCJI ADWENTOWYCH 2018

 

NIEDZIELA  09 XII 2018 r.

 

7.30 –  Msza Święta z nauką dla dorosłych

9.00 –  Msza Święta z nauką dla młodzieży

10.30 –  Msza Święta z nauką dla dzieci ze szkoły podstawowej

12.00 –  Msza Święta z nauką dla dorosłych

18.00 –  Msza Święta z nauką dla dorosłych (dolny kościół)

PONIEDZIAŁEK  10 XII 2018 r.

 

6.45 –  Msza Święta (roraty) z nauką dla dorosłych (dolny kościół)

9.00 –  Msza Święta z nauką dla dorosłych (górny kościół)

16.30 –  Nabożeństwo Słowa Bożego dla dzieci ze szkoły podstaw. (górny kościół)

18.00 –  Msza Święta z nauką dla dorosłych i młodzieży (górny kościół)

19.00 – Spotkanie z młodzieżą (dolny kościół)

 

Sakrament pokuty dorośli i młodzież (dolny kościół) od godz. 6.30 – 9.30 i od godz. 16.00 – 19.00 (przerwa 18 -18.30)

Sakrament pokuty dzieci od 16.00 – 16.30 (górny kościół)

 

WTOREK  11 XII 2018 r.

6.45 –  Msza Święta (roraty) z nauką dla dorosłych (dolny kościół)

9.00 – Msza Święta z nauką dla dorosłych (górny kościół)

16.30 – Msza Święta z nauką dla dzieci ze szkoły podstawowej (górny kościół)

18.00 – Msza Święta z nauką dla dorosłych i młodzieży (górny kościół)

19.00 – Spotkanie z młodzieżą (dolny kościół)

 

Izrael: Odkryto pierścień Piłata

Żydowscy uczeni odkryli pierścień Piłata. Został on znaleziony już 50 lat temu w pobliżu Betlejem, jednak dopiero teraz, przy użyciu specjalnej technologii udało się odczytać wyryte na nim imię.

Zdaniem prof. Dany’ego Schwartza z Uniwersytetu Hebrajskiego jest wysoce prawdopodobne, że pierścień ten należał do piątego prefekta Judei, którego znamy z Ewangelii. Piłat to imię rzadko występujące w tym regionie. Praktycznie rzecz biorąc nie znamy tam żadnego innego Piłata z I w. Pierścień jest wykonany z brązu i był używany na co dzień jako pieczęć. Posługiwał się nim albo sam Piłat albo jakiś wysoki urzędnik uprawniony do używania jego pieczęci. Jak podaje dziennik Haaretz, za autentycznością znaleziska przemawia również fakt, że ten typ pierścienia był właściwy dla klasy ekwitów, do której należał Poncjusz Piłat.

artykuł pochodz i z portalu gosc.pl (info admin)

Zaczyna się Adwent – czas oczekiwania na przyjście Zbawiciela !!!

2 grudnia w Kościele katolickim rozpoczyna się Adwent. Jest to bogaty w symbolikę, czterotygodniowy okres przygotowania do Bożego Narodzenia oraz wzmożonego oczekiwania na koniec czasów i ostateczne przyjście Jezusa Chrystusa.

Czterotygodniowy czas Adwentu, który nie jest okresem pokuty, ale radosnego oczekiwania, obfituje w zwyczaje i symbole. Jest podobny do całego ludzkiego życia, które jest oczekiwaniem na pełne spotkanie z Bogiem.

Adwent jest wyjątkowym czasem dla chrześcijan. Słowo “adwent” pochodzi z języka łacińskiego “adventus”, które oznacza przyjście. Dla starożytnych rzymian słowo to oznaczało oficjalny przyjazd cezara. Dla chrześcijan to radosny czas przygotowania na przyjście Pana. Oczekiwanie na przyjście Chrystusa musi rodzić radość. Dlatego też Adwent jest nie tyle czasem pokuty, ile raczej czasem pobożnego i radosnego oczekiwania. Opuszczenie hymnu Gloria nie jest wyrazem pokuty, jak w Wielkim Poście, lecz znakiem czekania na nowe zabrzmienie hymnu anielskiego śpiewanego w noc narodzenia Jezusa (Łk 2, 14).

Teologicznie czas ten wyraża oczekiwanie Kościoła na podwójne przyjście Chrystusa. W pierwszym okresie akcent położony jest na Paruzję, czyli ostateczne przyjście Chrystusa na końcu świata. Ostatni tydzień natomiast bezpośrednio przygotowuje do narodzenia Chrystusa, przez które Bóg wypełnia wszystkie obietnice złożone w historii.

Adwentowe czytania mszalne dotyczą, m.in. dramatycznych nawoływań proroków, którzy zachęcają do nawrócenia, podkreślają zbliżający się kres czasu i ostateczne nastanie Królestwa Bożego. Równocześnie jednak Kościół przypomina o nadziei, jaka wiąże się z paruzją, czyli ponownym przyjściem Chrystusa – w każdej Mszy św. padają słowa: “abyśmy zawsze wolni od grzechu i bezpieczni od wszelkiego zamętu, pełni nadziei oczekiwali przyjścia naszego Pana Jezusa Chrystusa”.

Najbardziej charakterystycznym zwyczajem adwentowym, zwłaszcza w Polsce, są Roraty. Jest to Msza św. sprawowana ku czci Najświętszej Maryi Panny, zwykle bardzo wcześnie rano. Wierni, często w ciemnościach przenikniętych jedynie blaskiem trzymanych w ręku świec, wraz z Maryją, czekają na wybawienie jakie światu przyniosły narodziny Zbawiciela.

W niektórych miejscach na roratnich Mszach na początku w procesji z kruchty kościoła do ołtarza z lampionami w ręku idą dzieci. Mszę św. rozpoczyna się przy wyłączonych światłach, mrok świątyni rozpraszają jedynie świece i lampiony. Dopiero na śpiew “Chwała na wysokości Bogu” zapala się wszystkie światła w kościele.

Uczestnictwo dzieci w Mszach roratnich wiąże się ze zwyczajem podejmowania różnych dobrych postanowień na czas Adwentu. Dzieci często zapisują te postanowienia na kartkach, składanych następnie przy ołtarzu. Mają one wyrażać wewnętrzne przygotowanie do Bożego Narodzenia i chęć przemiany życia.

Z Roratami związany jest zwyczaj zapalania specjalnej świecy ozdobionej mirtem, nazywanej roratką. Symbolizuje ona Maryję, która jako jutrzenka zapowiada przyjście pełnego światła – Chrystusa. Innym zwyczajem jest zawieszanie w kościele wieńca z czterema świecami oznaczającymi cztery niedziele Adwentu. Z upływem kolejnych tygodni podczas Rorat zapala się odpowiednią liczbę świec. Świece i lampiony tak często używane w liturgii adwentowej wyrażają czuwanie. Nawiązują one do ewangelicznych przypowieści, m.in. o pannach mądrych i głupich. Światło jest też wyrazem radości z bliskiego już przyjścia Chrystusa.

Nazwa “roraty” pochodzi od pierwszego słowa łacińskiej pieśni na wejście śpiewanej w okresie Adwentu – “Rorate coeli” (Niebiosa, spuśćcie rosę).

Abp Jędraszewski na Adwent 2018

W liturgii adwentowej obowiązuje fioletowy kolor szat liturgicznych. Jako barwa powstała ze zmieszania błękitu i czerwieni, które odpowiednio wyrażają to, co duchowe i to, co cielesne, fiolet oznacza walkę między duchem a ciałem. Zarazem połączenie błękitu i czerwieni symbolizuje dokonane przez Wcielenie Chrystusa zjednoczenie tego, co boskie i tego, co ludzkie. Wyjątkiem jest III niedziela Adwentu – tzw. Niedziela “Gaudete” (radujcie się). Obowiązuje w niej różowy kolor szat liturgicznych, który wyraża przewagę światła, a tym samym bliskość Bożego Narodzenia.

Adwent dzieli się na dwa podokresy, z których każdy ma odrębne cechy, wyrażone w dwóch różnych prefacjach adwentowych: pierwszy podokres Adwentu obejmuje czas od pierwszej niedzieli Adwentu do 16 grudnia, kiedy czytane są teksty biblijne, zapowiadające powtórne przyjście Zbawiciela na końcu świata i przygotowujące do spotkania z Chrystusem Sędzią. Dni powszednie w tym okresie przyjmują wszystkie obchody wyższe rangą (tzn. wspomnienia dowolne, obowiązkowe, święta i uroczystości).

Drugi okres Adwentu, od 17 do 24 grudnia, to bezpośrednie przygotowanie do świąt Bożego Narodzenia. W tym okresie w dni powszednie można obchodzić jedynie święta i uroczystości.

Dawniej Adwent był czasem szczególnej aktywności różnych bractw. Przy kościołach istniały kapele rorantystów, które śpiewem i muzyką uświetniały celebracje, przez co przyciągały wiernych i upowszechniały zwyczaj Rorat. W XIX w. w Warszawie istniało również bractwo roratnie, które ze sprzedaży świec uzyskiwało fundusze na pomoc ludziom ubogim. Obecnie corocznie podobną akcję sprzedaży świec prowadzi pod hasłem katolicka Caritas. Od kilku lat w akcji Wigilijnego Dzieła Pomocy Dzieciom uczestniczą też organizacje charytatywne Kościołów prawosławnego i ewangelicko-augsburskiego.

Pierwsze wzmianki nt. Adwentu jako okresu przygotowania do świąt Bożego Narodzenia pochodzą z IV w. W Rzymie zwyczaj ten znany był od VI w. i obejmował cztery tygodnie przed świętami. Przez pewien czas Adwent był okresem postu, co dalej jest zachowywane w liturgii wschodniej.

artykuł pochodzi z portalu gosc.pl (info administratora)

W stronę Panamy!

Ten kraj zajmuje najwęższy odcinek lądu łączący Ameryki Północną i Południową. Jest pokryty lasem tropikalnym i otoczony Pacyfikiem z jednej strony, a Morzem Karaibskim z drugiej. Panama. W styczniu 2019 roku właśnie tu odbędą się Światowe Dni Młodzieży.

Wszystko zaczęło się przed pięcioma wiekami. Po zachodniej stronie Oceanu Atlantyckiego żyli potomkowie starych cywilizacji Azteków, Majów i Inków oraz wielu innych mniejszych plemion. Jego stronę wschodnią zamieszkiwali ludzie wywodzący się ze starożytnych kultur Grecji i Rzymu. Te dwie grupy różniło mniej, niż mogło się początkowo wydawać. Nic o sobie nie wiedzieli, rozdzieleni oceanem. Aż pewnemu śmiałemu Genueńczykowi udało się dotrzeć do lądów po drugiej stronie Atlantyku. Był to początek wielkich zmian dla ludzkości – powstał Nowy Świat, zaczęły się tworzyć nowe społeczeństwa oraz nowe kultury. Tego okresu i tych wydarzeń sięgają początki Panamy. Tropiąc panamską tożsamość, nie można też nie wspomnieć o afrykańskich korzeniach. Panama posiada 2,5 tys. km linii brzegowej, z czego ponad tysiąc to wybrzeża Morza Karaibskiego. W ten sposób Panama otwarta jest na Karaiby, ich kulturę i pochodzącą z Afryki ludność.

Awanturnik z wyjątkową intuicją

Rdzennym indiańskim mieszkańcom ziem, na których obecnie znajduje się Panama, Europejczycy po raz pierwszy ukazali się w 1501 r. w osobach sewilczyka Rodriga de Bastidasa oraz jego żeglarzy. Hiszpanie rozeznawali właśnie południowe wybrzeża, gdyż poza Hispaniolą (Haiti) nic nie było jeszcze w tym rejonie poznane. Jednak to nie Bastidas uznawany jest za ojca założyciela Panamy. Nie jest nim też Krzysztof Kolumb, który podczas czwartej wyprawy przepłynął wzdłuż całego wybrzeża karaibskiego obecnej Panamy, zapuszczając się od czasu do czasu w głąb lądu. Dla świata wydarzeniem o kolosalnym znaczeniu było odkrycie poczynione kilkanaście lat później przez Vasca Núñeza de Balboę, i to właśnie jego wizerunek umieszczony jest na panamskich monetach. Był awanturnikiem, utracjuszem i hulaką, a jednocześnie oddanym swoim żołnierzom dowódcą, a także odkrywcą obdarzonym szczególną intuicją.

Balboa przysporzył sobie wrogów zarówno w ojczyźnie, jak i w Nowym Świecie. Wciąż uciekał przed wierzycielami i zobowiązaniami. Gdy pojawiły się niepowodzenia w zarządzaniu gospodarstwem na Hispanioli, uciekł stamtąd. Przez kilka dni ukrywał się na statku w beczce wraz ze swoim psem o imieniu Leoncico. A potem przyłączył się do ekspedycji zmierzającej ku brzegom obecnej Panamy.

Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że kilka lat wcześniej Balboa znajdował się wśród załogi pionierskiego rejsu de Bastidasa z 1501 roku. Czy przeczuwał wtedy, że pokryte ścianą lasu tropikalnego ziemie to nie kolejna wyspa, lecz brama do nowych mórz? Myślał o tym intensywnie również Kolumb, przynaglany do kolejnych sukcesów odkryciami Vasca da Gamy, który w 1499 r. wytyczył nową trasę do Indii wokół Afryki. Kolumb pragnął dokonać tego samego przez odnalezienie przesmyku umożliwiającego dotarcie do Indii od przeciwnej strony. Niestety, w trakcie czwartej ekspedycji, będącej rekonesansem w tej sprawie, rozchorował się, wrócił do Europy i wkrótce zmarł. Sprawa lądów rozciągających się na południu Morza Karaibskiego pozostawała nierozwiązana.

Idealne wyzwanie dla niespokojnego ducha i poszukiwacza przygód, jakim był Balboa. Z pasażera na gapę szybko stał się dowódcą wyprawy, która ruszyła już nie na kolejną wyspę, lecz w głąb niezbadanej selwy pokrywającej panamski ląd. Po kilku miesiącach trudów, na przemian walcząc z Indianami lub zawierając z nimi przyjaźń (dwóch wodzów przyjęło nawet chrzest), jako pierwszy Europejczyk w 1513 r. dotarł do wielkiego Pacyfiku.

Dwa światy

Dzieje Panamy przez długi czas były historią kolonialnych podbojów. Tuż na skraju dzisiejszej stolicy znajdują się pozostałości słynnej drogi Camino de Cruces, łączącej Ocean Spokojny i Morze Karaibskie, którą przez lasy tropikalne i malaryczne błota przewożono kosztowności, transportowane następnie przez Srebrną Flotę do Hiszpanii. Nazwa drogi odnosi się do krzyży stawianych wzdłuż trasy na grobach niezliczonych ludzi, którzy nie przeżyli podróży.

Kontakt dwóch światów to jednak także, a raczej przede wszystkim, początek Dobrej Nowiny na nowym lądzie. Miasto Panama stało się ośrodkiem, gdzie chętnie osiedlali się zakonnicy z Europy, których celem było głoszenie słowa Bożego wśród plemion z Darién, Chocó czy Urabá.

W 1671 r. z trudem zakładane miasto – Panamá la Vieja – zostało zdobyte i spalone przez angielskiego korsarza ­Henry’ego Morgana. Odbudowano je kilka kilometrów dalej, w miejscu, w którym wznosi się do dziś. W muzeum zachowała się ołowiana tabliczka, jeden z najstarszych artefaktów ze zniszczonego miasta, zaświadczająca, że 28 sierpnia 1613 r. w mieście Nuestra Señora de la Asunción de Panamá la Vieja ufundowano pierwszy konwent augustiański.

W XIX w., po powstaniu Simona Bolivara, którego pomniki znajdują się dziś na rynku każdego miasta i miasteczka Ameryki Łacińskiej, terytorium obecnej Panamy weszło w skład Wielkiej Kolumbii. W 1903 r. Panama oddzieliła się od Kolumbii, proklamując niepodległość. Zanim jednak do tego doszło, wśród dziewiczych, równikowych lasów, w miejscu połączenia Ameryk i oceanów, zrodziła się wielka idea, której realizacja stała się zaczątkiem nowoczesnej Panamy.

Cud techniki

Kanał Panamski to cud techniki mający początek w czasach węgla i pary, od 100 lat nieprzerwanie pełniący swoją funkcję, co samo w sobie jest cudem. 65-kilometrowa trasa wodna w poprzek Przesmyku Panamskiego, jak nazywa się powstałe w pliocenie wygrzbiecenie lądu pomiędzy Amerykami, jest systemem śluz wynoszącym statki na spore wysokości w celu przeprawienia ich przez trudny teren. Początkowa, XIX-wieczna koncepcja stworzona przez Francuzów zakładała zwykły przekop. Na ołtarzu tej idei złożono wiele istnień ludzkich. Francuski inżynier Ferdinand Marie Lesseps, twórca Kanału Sueskiego, był zbyt zadufany w sobie, by przyznać, że warunki płaskiego i pustynnego Suezu, gdzie realizował swoje pomysły, nijak się mają do pokrytego deszczowym lasem równikowym Przesmyku Panamskiego. Należało pokonać nie tylko trudny teren, ale też różnicę poziomu wód oceanów, wynoszącą aż 26 metrów. Robotnicy, ściągani niemal z całego świata, chorowali na malarię, która zbierała śmiertelne żniwo – podczas budowy kanału zmarło około 20 tys. ludzi. Gdy w końcu porzucono ideę prostego przekopu na rzecz systemu śluz, francuska firma była bankrutem, a inwestorzy wycofali się z astronomicznie kosztownego przedsięwzięcia. Francuską inwestycję w 1902 r. kupili od Kolumbii Amerykanie. Wtedy też ustanowiona została specjalna, należąca do USA, strefa kanału – szeroki na około 15 km pas ziemi wzdłuż budowli. Amerykanie ukończyli budowę w 1914 roku.

Niedotrzymana umowa

Kanał, który na wieczyste użytkowanie miał być amerykański, stanowił wielką wyrwę w terytorium, ale też w sercach Panamczyków. Z poczucia niesprawiedliwości 9 stycznia 1964 r. doszło do dramatycznych wydarzeń. Studenci postanowili zawiesić w strefie kanału panamską flagę. Wywiązały się zamieszki. W wyniku interwencji Amerykanów zginęło 29 Panamczyków. Efektem tych wydarzeń był przełomowy traktat z 1977 r. Torrijos–Carter. Prezydenci obu państw podpisali porozumienie, zgodnie z którym ostatniego dnia 1999 r. kanał miał przejść w ręce panamskie. Nie był to jednak koniec napięć. Kiedy władzę w kraju przejął przywódca wojskowy Manuel Noriega i zaczął współpracę z komunistycznymi rządami, USA zaczęły obawiać się utraty w tym rejonie stabilności sytuacji, niezbędnej do prawidłowego funkcjonowania kanału. 20 grudnia 1989 r. USA przeprowadziły inwazję. Szacuje się, że w jej wyniku śmierć poniosło od kilkuset do kilku tysięcy Panamczyków. Tysiące ludzi straciły dach nad głową, doszczętnie zniszczona została dzielnica El Chorrillo w mieście Panama. Noriegę aresztowano.

Dziś Panama jest suwerennym krajem, z prężną gospodarką, centrum bankowym i miejscem fascynującego połączenia kultur, kontynentów i oceanów. •

artykuł pochodzi z portalu gosc.pl (info admin)

Z odrętwienia wyrwało mnie szturchnięcie kapłana

 

Słowo bym dał, że mnie szturchnął :), jakby zapraszał mnie do spowiedzi.

Jakiś czas temu dzieliłem się z Wami moim świadectwem powrotu do Pana, świadectwem Jego nieogarnionej cierpliwości i miłości do nas, dziś pragnę zaświadczyć o Jego Miłosierdziu do nas…

Nie ukrywam że niemal każdego dnia zmuszony jestem do walki duchowej, zły doskonale zna moje słabe strony i właśnie w nie z większym lub mniejszym powodzeniem ciągle atakuje, powoduje że upadam, zanurzam się wtedy w beznadziei i smutku, wątpliwościach i złości, głównie złości na samego siebie. Jednak Pan ciągle czeka z wyciągniętą dłonią, pragnie pomóc mi wstać po kolejnym upadku, to właśnie Jego bezgraniczne i bezwarunkowe Miłosierdzie do nas powoduje że wracam, choć nie zawsze jest to proste i przyjemne… jednak warto!

Pamiętam, kiedy w przeddzień uroczystości Bożego Ciała w 2015 roku siedziałem taki zrezygnowany i smutny po kolejnym upadku, prosiłem wtedy Pana, by powiedział mi, jak i gdzie mam przeżyć tę uroczystość, by to Jemu się spodobało, tak bardzo mi zależało, by to Jego wola się działa, a nie moja. No i nie czekałem długo na odpowiedź, buszowałem właśnie bez konkretnego celu w internecie, kiedy natknąłem się na stronę sanktuarium w Leśniowie, sanktuarium do którego wybierałem się już od paru ładnych lat, jednak ciągle coś stawało na przeszkodzie, a to brak czasu, a to brak pieniędzy czy też zwyczajne lenistwo. Jednak wtedy poczułem tak silny impuls, by tam pojechać… byłem pewien, że On tak chce, że to właśnie Jego wola.

Rano przed wyjazdem, oczywiście, mnóstwo wątpliwości, po co właściwie mam tam jechać? Taki piękny ciepły dzień się zapowiadał, nie lepiej gdzieś nad wodę pojechać? Jednak szybko pogoniłem te myśli, wsiadłem w samochód i po godzinie byłem na miejscu. Oczywiście nadal pojawiały się wątpliwości, myśli by wracać, coraz mocniej atakowała mnie myśl, że chyba wczoraj się „przesłyszałem”, że to na pewno nie wola Boża, bym tu przyjechał, a jedynie jakaś moja ludzka projekcja. Postanowiłem, że pobędę tu do mszy św. i po mszy wrócę do domu.

Jednak do mszy św. było sporo czasu, jakoś nie potrafiłem sobie zorganizować tam czasu, więc usiadłem w ostatniej ławce w kościele i siedziałem, nawet modlitwa mi nie wychodziła, czułem coraz mocniej ogarniającą mnie rezygnację i porażkę…

Z tego odrętwienia wyrwało mnie szturchnięcie przechodzącego kapłana, który zmierzał właśnie do konfesjonału, słowo bym dał, że mnie szturchnął :), jakby zapraszał mnie do spowiedzi. Oczywiście od razu wstałem z ławki i przystąpiłem do spowiedzi… Podobną radość po spowiedzi to chyba jedynie czułem po spowiedzi przed Pierwszą Komunią Św. 🙂

Pełen roznoszącej mnie wręcz radości i siły wyszedłem ze świątyni, pospacerowałem alejkami pobliskiego parku, myślą wielbiąc Pana. I wróciłem do kościoła, jednak miejsce, które dotąd zajmowałem, było już zajęte, więc usiadłem również w ostatniej ławce, tyle że po przeciwnej stronie. Zauważyłem że tuż za moimi plecami stoi regał z prasą katolicką, kupiłem więc „Gościa Niedzielnego”, schowałem do plecaka – i rozpoczęła się msza św.

Po powrocie do domu, przeglądając GN, natknąłem się na artykuł o wieczystej adoracji Najświętszego Sakramentu w katowickich Panewnikach, czyli kwadrans drogi samochodem z miejsca gdzie mieszkam… I wtedy poczułem uderzenie fali gorąca i radości, dotarło do mnie, że Pan wysłał mnie do Leśniowa po to, bym dowiedział się, że w moim mieście odbywa się wieczysta adoracja!!

Do Panewnik pojechałem w sobotę późnym wieczorem, czułem, że czeka mnie coś szczególnego, mimo że już wcześniej uczestniczyłem w adoracjach, i kojarzyły mi się z niezbyt komfortowym samopoczuciem, siedzeniem niemalże bez ruchu w niewygodnej ławce przez godzinę. Jednak na tę adorację jechałem z jakąś niewytłumaczalną radością. Oczywiście nie wiedziałem, jak trafić do kaplicy gdzie adoracja się odbywała, jednak trafiłem tam bez żadnego problemu, jakbym był prowadzony za rękę 🙂

Na adoracji spędziłem dwie godziny, nawet nie zauważyłem, kiedy minęły. Opuszczając kaplicę już wiedziałem, że następnego dnia znów tam będę…

I tak się stało, po niedzielnej adoracji byłem już pewien, że będę przed Jego Obliczem codziennie. Wiązało się to oczywiście z mnóstwem niedogodności, pobudka godzinę wcześniej niż zwykle, czyli około 3-ciej, później około godzinna chwila z Panem – i do pracy. Jednak czułem wtedy taką radość, spokój, siłę… Nie wyobrażałem sobie dnia bez porannej adoracji.

Taki stan trwał jakieś trzy miesiące, kiedy okazało się, że na parę tygodni muszę jechać w delegację, niemalże na drugi koniec Polski. I znów smutek, wątpliwości, pytałem Pana: dlaczego? Dlaczego zabiera mi ten porządek, który sobie ustaliłem, dlaczego zabiera mi tę radość, pokój i nadzieję, które wynosiłem ze spotkań z Nim?

Postanowiłem walczyć, teraz to śmieję się z tej „walki” jednak wtedy postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę, a „kartą przetargową” miał być brak stałej umowy o pracę, pracowałem na umowę zlecenie. Wyjazd w delegację miał nastąpić w poniedziałek, w sobotę poprzedzającą wyjazd, będąc jak co dzień przed pracą na adoracji, prosiłem Pana, by dał mi mądrość i odwagę w rozmowie z szefem, miałem bowiem zamiar zwolnić się z pracy, wciąż bowiem uważałem, że ten wyjazd nie może być wolą Pana, że jakaś zła siła próbuje mnie odłączyć od Niego. Jakże się wtedy myliłem…

Po przyjeździe do pracy nawet nie zdążyłem rozpocząć planowanej rozmowy, bowiem mój szef, jak tylko mnie zobaczył, zawołał mnie do biura w celu… podpisania umowy o pracę!

Co wtedy czułem? Radość z podpisania umowy oczywiście pozostała na drugim planie, pierwszoplanowym uczuciem była niesamowita radość i wręcz zdumienie z tego, że Pan ciągle czuwa nade mną, dba o mnie, słucha i reaguje… no i wstyd, że w to wszystko przez chwilę zwątpiłem.

Oczywiście pozostał problem braku możliwości dalszego udziału w adoracjach, jednak wtedy już byłem spokojny, już wiedziałem, że ten wyjazd zaplanował Pan, nawet nie miałem wtedy najmniejszego pojęcia, jak ten czas spędzony na drugim krańcu Polski będzie ważny dla mnie…

Praca jak praca, jednak „uroki” czasu spędzanego po pracy w taniej kwaterze dla pracowników, to już temat-rzeka :). Skupiłbym się jednak na jednej osobie, którą Pan postawił wtedy na mojej drodze. Człowiek namiętnie grający w komputerowe gry wojenne, mocno nadużywający alkoholu i generalnie strasznie poraniony duchowo, pochodził z Bośni, pracował w znanej na całym świecie korporacji, zarabiał krocie, odniosłem wrażenie, że swymi podróżami służbowymi po całym niemalże świecie zwyczajnie uciekał przed sobą. Kiedyś otworzył się przede mną, opowiedział o swej przeszłości, o tym, jak podczas wojny na Bałkanach z satysfakcją zabijał ludzi, był bośniackim snajperem, opowiadał o tym z żalem i chęcią wymazania tych obrazów z pamięci, jednak te obrazy wciąż do niego wracały.

Wspomniałem mu wtedy o miłosiernym Bogu, o Jego wybaczaniu, jednak spojrzał tylko badawczo na mnie i… wyśmiał mnie. Od tej pory unikał mnie, jednak ja modliłem się za niego, by dobry Pan wybaczył mu jego zbrodnie. I dotarło wtedy do mnie coś tak istotnego, coś tak oczywistego – jak ważna jest modlitwa za dusze zmarłych. Wtedy właśnie z niewyobrażalną siłą dotarło do mnie, że mam się modlić za dusze zmarłych, one już nie mają możliwości nawrócenia się, są zależne tylko i wyłącznie od naszych modlitw za nie. Właśnie dzięki temu człowiekowi z Bośni zrozumiałem, że on jeszcze ma możliwość powrotu do Pana, do Jego Miłosierdzia, do tego człowieka należy wybór, czy skorzysta z tej szansy czy nie… niestety dusze zmarłych już nie mają tego wyboru.

I wbrew pozorom, po drwinie ze strony tego człowieka, umocniłem się w słuszności swej drogi. Jak to w delegacji bywa, czasem i w niedzielę trzeba popracować, jednak wtedy już nie obawiałem się powiedzieć szefowi, że owszem, mogę parę godzin popracować, ale najpierw pójdę na mszę św., a dopiero później do pracy, i jakoś nie spotykałem się ze sprzeciwem :).

Owszem, niektórzy koledzy nie ogarniali tematu, dziwiło ich, że zamiast pospać sobie w niedzielę, ja wstaję wcześniej i idę do kościoła, by nie spóźnić się zbytnio do pracy, czasem wyrwie się któremuś niby żartobliwy „moher” w moją stronę, no cóż, nikt nie obiecywał że będzie lekko ;).

Mógłbym jeszcze zapisać wiele stron, zastanawiam się jednak, czy pisać dalej. Chyba jednak wystarczy, poprzestanę na tym, co już napisałem, myślę, że dosięgnąłem sedna tego, co chciałem przekazać, świadczenia o Bożym prowadzeniu, Jego nieograniczonemu i bezwarunkowemu Miłosierdziu, i to chciałem tym świadectwem przekazać. Skoro już oddałeś(aś) swoje życie Jezusowi (jeśli nie, to zrób to czym prędzej!), to zaufaj Mu w pełni.

Zdecydowanie polecam uczestnictwo w adoracji Najświętszego Sakramentu, równie budujące dobrą relację z Panem są prowadzone w zupełnym milczeniu rekolekcje ignacjańskie organizowane przez o. Jezuitów, bowiem głos Pana można usłyszeć wyłącznie w ciszy…

Chwała Panu!

Bogusław

Świadectwo pochodzi ze strony gosc.pl (info admin)